O tym, że to będzie trudny bieg, wiedzieli wszyscy, ale trudno jest przygotować organizm do wysiłku w takich warunkach. Zawodniczki wystartowały minutę przed północą, a termometr pokazywał 32 stopnie Celsjusza. Przy wilgotności 73,3 procent odczuwalna temperatura była ponad 40 stopni.

 

Nie trzeba było długo czekać, żeby pierwsze biegaczki schodziły z trasy. Trudno tu nawet mówić o schodzeniu. Słaniały się na nogach, a ekipy medyczne od razu podstawiały wózki inwalidzkie. Transportowano nimi wyczerpane lekkoatletki do schłodzonych namiotów, gdzie czekali już lekarze.

 

Z 68 uczestniczek, które stanęły na starcie, na metę dotarło 40. Czas zwyciężczyni Kenijki Ruth Chepngetich - 2:32.42 jest najsłabszym w historii. I wydawało się, że ona po przebiegnięciu 42 km 195 m jeszcze sporo siły. To się zmieniło w trakcie udzielania wywiadów, kiedy w pewnym momencie po prostu zasłabła.

 

- To pierwsza porażka mistrzostw świata – napisały międzynarodowe gazety. W każdej dziennikarze i eksperci wypowiadają się w podobnym tonie – to skandal, żeby IAAF pozwoliło na rywalizację w takich warunkach. Nie trudno się też domyślić, że na trasie nie było prawie nikogo. Gdy Chepngetich dotarła ok. 2.30 na metę, na trybunie nie siedział ani jeden kibic.

 

Jeszcze nigdy w historii aż 28 zawodniczek nie schodziło z trasy. Niektóre rezygnowały z rywalizacji przed 15 km. Tak jak szósta w ostatnich mistrzostwach Europy Włoszka Sara Dossena.

 

- Co z tego, że chciałam, jak po 10 km miałam wrażenie, że nie mam w sobie już grama energii. Miesiącami przygotowywałam się do rywalizacji w Dausze i co z tego wyszło? Tu po prostu nie da się biegać. To było okropne doświadczenie. Moje serce biło tak szybko, że myślałam, że wyskoczy. Jeszcze nigdy nie czułam się tak źle – przyznała, gdy doszła do siebie i dodała: - To nie jest maraton. Tu nie chodzi o to, by znaleźć swój rytm. To po prostu jest dystans, który trzeba przetrwać.

 

Dziewiąta na metę dotarła Kanadyjka Lyndsay Tessier, ale radość trudno było dostrzec. - To było przerażające i zniechęcające doświadczenie. Jestem po prostu wdzięczna, że na własnych nogach udało mi się jakoś dotrzeć do celu – skomentowała.

 

Sceny na trasie i na mecie były przerażające. Zawodniczki słaniały się na nogach, w punktach medycznych były natychmiast podłączane do kroplówki, wiele z nich płakało z wycieńczenia. Nic dziwnego, w Dausze zarówno w ciągu dnia, jak i nocą, nie można nawet spokojnie stać. Warunki pogodowe są tak ekstremalne, że człowiek od razu oblewa się potem. Trudno sobie wyobrazić normalny spacer, a co dopiero bieg.

 

Jak później powiedziały służby medyczne – głównym powodem zasłabnięć było odwodnienie organizmu. Nie pomogło zatem, że punkty z wodą i energetykami stały częściej niż zwykle.

 

- Prognozy nie były takie straszne. Uznaliśmy, że w takich warunkach można startować – próbował bronić swojej decyzji szef IAAF Sebastian Coe. Brytyjczyk był na mecie i czekał na maratonki. To było jednak małe pocieszenie. Zresztą on sam wielokrotnie w trakcie tych dwóch godzin łapał się za głowę i nie wierzył w to, co widzi.

 

Nawet zwyciężczyni Chepngetich przyznała, że w tak trudnych warunkach nie biegała jeszcze nigdy.

 

- Też miałam chwile zwątpienia i chciałam zejść z trasy, ale przyjechałam do Dauhy, by zdobyć złoty medal i zadanie zostało wykonane. Mam nadzieję, że wszystkie uczestniczki szybko dojdą do siebie – skomentowała później.

 

Podobne odczucia miała druga na mecie, broniąca tytułu Kenijka, która startowała w barwach Bahrajnu Rose Chelimo.

 

- Na pięć kilometrów przed metą miałam największą chwilę zwątpienia. Myślałam, że nie zrobię już żadnego kroku. Ale zaczęłam się modlić i to dodało mi siły. Na pewno pomogło mi, że cały czas byłam w czołówce, ale widziałam rywalki, które półprzytomne się zatrzymywały – przyznała.

 

- To wszystko było eksperymentem – próbował jeszcze bronić się Coe, ale trudno uznać, by eksperyment się udał. A w mistrzostwach świata zaplanowane są kolejne ekstremalne konkurencje, jak chód na 50 km czy męski maraton.