Nie iskrzy w drużynie narodowej. A jeśli iskrzy, to nie tak, jak powinno. Najpierw prezes PZPN Zbigniew Boniek napomina kapitana (Roberta Lewandowskiego), by ten ważył słowa. Później jeden z najbardziej doświadczonych graczy (Kamil Glik) wytyka swoim kolegom, że w trakcie meczu pielęgnują własne ego zamiast dbać o interes zespołu. Inny z kluczowych graczy (Grzegorz Krychowiak) z opinią obrońcy się nie zgadza, sam kapitan z kolei się nie mitygował i jeszcze podczas spotkania w Rydze dyscyplinował niektórych swoich kolegów (Kamila Grosickiego). Wypowiedzi prezesa Bońka, którą starannie kolportują dzisiaj media, że kapitan wprawdzie strzelił trzy gole, ale do pustej bramki, nie traktuję jak przytyku. Intuicyjnie czuję, że to mało fortunna ocena niż popełniona z premedytacją uwaga.

 

A wszystko to przed i po zwycięstwie 3:0 na wyjeździe w drodze po awans na trzecią z rzędu wielką imprezę...

 

Nie trzeba być wysokich lotów psychologiem, by dojść do wniosku, że w reprezentacji atmosfera jest gęsta. Być może bardziej niż wcześniej wybrzmiewają podziały na gwiazdy i mniej istotnych graczy tej drużyny, które są sprawą naturalną, ale i pewnie dla tych drugich frustrującą. Być może trener Jerzy Brzęczek nie ma dość odwagi, by tak sportowo jak i wychowawczo wziąć za uzdę co bardziej krnąbrne osobowości niezależnie od ich doświadczenia i przynależności klubowej. Jedno jest pewne, że albo dojdzie do totalnego przesilenia, które oczyści szatnię, albo sytuacja będzie nabrzmiewać do rozmiarów, które mogą zespół rozsadzić, a selekcjonera wysadzić z siodła. Per analogiam warto wrócić do największego kryzysu kadry trenera Nawałki, jakim była afera alkoholowa między meczami z Danią i Armenią. Później niby wszystko wróciło na właściwe tory, ale historia pokazała, że był to początek końca tego zespołu.

 

Polacy pokonali w czwartek Łotwę, ale biorąc pod uwagę wszystkie sensowne drużyny biorące udział w eliminacjach, nasi przeciwnicy są jednymi z najsłabszych, jeśli nie najsłabszymi, jakich Europa widziała. 3:0 z nimi znaczy więc wiele i nic. Wiele, bo kadra zapisała kolejne trzy punkty i jest o krok od awansu na Euro, nic – bo wciąż wokół drużyny narodowej w aspekcie sportowym wciąż więcej jest pytań niż niosących spokój wniosków.

 

Niby wszystko jest ok, prawda? Lewandowski, jak na najlepszego piłkarza ostatnich dekad przystało, strzelił trzy gole. Grosicki, jak to szalony skrzydłowy ma w zwyczaju, asystował dwukrotnie. Świetnym dograniem popisał się również wchodzący w świat dorosłego futbolu Sebastian Szymański.

 

Tyle fakty, ale w tym wypadku warto zwrócić uwagę na imponderabilia. Niestety, z każdymi eliminacjami przekonujemy się, że kadra wisi na Lewandowskim. W niektórych spotkaniach widać to aż nadto – jego słabszy występ (choć jest rzadkością) powoduje z reguły, że cały zespół jest w fatalnym stanie. Wciąż tylko obiecujemy sobie, że piłkarze z klubów przeniosą formę na reprezentację. Artykułujemy te życzenia pod adresem Piotra Zielińskiego czy Grzegorza Krychowiaka. Wychodzi z tym różnie, najczęściej – jak w przypadku Zielińskiego – źle.

 

Za wszystko dostaje po głowie Brzęczek. Że nie daje rady, że nie ma pomysłu, że za poprzednika drużyna grała z pomysłem i polotem. A może niesłusznie odwołujemy się wciąż do reprezentacji, która brawurowo wywalczyła awans, a później zaprezentowała się na Euro 2016? Dlaczego nikt nie zwróci uwagi, że minęło od tych chwil kilka lat, poza bramkarzami i Lewandowskim większość graczy jest na krzywej opadającej (Glik, Grosicki, Arkadiusz Milik, Artur Jędrzejczyk) lub w ogóle ich w kadrze nie ma (Łukasz Piszczek, Michał Pazdan, Krzysztof Mączyński, Jakub Błaszczykowski). Porównania te budzą niepokój, oczekujemy cudów, jak widać rodzi to frustrację nie tylko kibiców czy rozgorączkowanych ekspertów, ale także wśród samych piłkarzy. Koło się zamyka, idylli w drużynie narodowej nie ma.

 

Czy będzie? Trudno wyrokować, co stanie się z reprezentacją przez najbliższe lata czy nawet na przyszłorocznym Euro (chyba nie ma takiego, który by nie wierzył, że pojedziemy). Zdrowy rozsądek każe powstrzymywać oczekiwania, z drugiej strony przypominają mi się obawy związane ze schodzącymi ze sceny mistrzami lekkoatletyki. Drżeliśmy, że po odchodzących mistrzach (np. Tomaszu Majewskim) będzie wyrwa, tymczasem wyrastają nam kolejne pokolenia zdolnych zdobywać medale wielkich imprez. Ale dość już o dalekiej przyszłości, w niedzielę Macedonia Północna. Oby nie w takiej "toksynie", jak czwartkowy mecz Łotwą.

 

WYNIK I TABELE EL. EURO 2020