Pindera: Czy boks przegra z MMA?

Sporty walki
Pindera: Czy boks przegra z MMA?
Fot. CyfraSport

Finansowe rekordy wciąż należą do bokserów. Najwyższy wieloletni kontrakt do Saula Alvareza, największa jednorazowa wypłata do Floyda Mayweathera Jr. Ale MMA kusi dziś młodych bardziej niż boks.

57-letni John McCarthy, znany sędzia MMA, powiedział nie tak dawno, że "Boks jest sportem naszych ojców, kickboxing sportem naszego pokolenia, a MMA sportem naszych synów". Brzmi ładnie, ale nie do końca prawdziwie. Zacznijmy od tego, że z boksem będzie ciężko wygrać, bo ma za sobą ponad stuletnią tradycję i jest sportem olimpijskim. I nawet jeśli olimpijskie złoto znaczy dziś mniej niż przed laty, to wciąż nie jest bez znaczenia.

 

W latach 80-tych, gdy rodził się kickboxing wywodzący się z karate też mówiono, że to jedynie kwestia czasu, kiedy będzie można odtrąbić wielkie zwycięstwo tej nowej dyscypliny. Dobrze pamiętam, bo jestem z tego pokolenia co McCarthy, że wiara w tak pomyślną przyszłość kickboxingu była wtedy mocna i w dużej mierze wynikała z ludzkich pragnień, by poznać najskuteczniejszego wojownika w sportach walki. A że my w Polsce mieliśmy Marka Piotrowskiego, który najpierw wygrał mistrzostwa świata amatorów (Monachium – 1987), a dwa lata później był już mistrzem zawodowców, to łatwiej było w taką wizję uwierzyć.

 

Trzy lata później Piotrowski przegrał z Robem Kamanem w Paryżu walcząc w formule low kick i okazało się, że kickboxing z niskimi kopnięciami, to jest jednak wyższa szkoła jazdy. A kiedy pod koniec lat 90-tych zaczęliśmy pasjonować się rywalizacją w K1, fascynacja była jeszcze mocniejsza, choć w tej formule swojego Piotrowskiego już nie mieliśmy.

 

Dziś rekordy popularności bije MMA, i walki w klatce, wielkie hale pękają w szwach, a stadiony zapełniają nie tylko panowie. I co cieszy szczególnie wielbicieli mieszanych sztuk walki, kolejki chętnych do uprawiania tego sportu są coraz dłuższe. Ale to nie oznacza, że boks jest już na kolanach.

 

Floyd Mayaeather Jr jest przecież pierwszym mistrzem zawodowego boksu, który za jednorazowy występ (walka z Mannym Pacquiao) otrzymał blisko 300 mln dolarów. Kontrakt „Saula” Alvareza z DAZN (365 mln za 11 walk) też jest bajeczny, kiedy go podpisywał był najwyższym we współczesnym sporcie. A przecież nie jest jedynym, który może liczyć na wielkie pieniądze. Giennadij Gołowkin za sześć walk dostanie 100 mln dolarów, górę pieniędzy bierze za swoje pojedynki Anthony Joshua zapełniając największe stadiony na Wyspach Brytyjskich. Teraz choć przegrał przez nokaut z Andy Ruizem Jr też zarobi fortunę za rewanż, który zostanie rozegrany 7 grudnia w Arabii Saudyjskiej. I jeśli ten rewanż wygra, co jest bardzo prawdopodobne, to popyt na kolejne walki z jego udziałem wybuchnie ze zdwojoną siłą, jestem o tym przekonany.

 

Szczególnie gdyby udało się doprowadzić do ringowych konfrontacji z Deontayem Wilderem lub Tysonem Furym. Zresztą w wadze ciężkiej walk mogących przynieść gigantyczne zyski jest znacznie więcej.

 

MMA o takich honorariach na razie może tyko marzyć, największe pieniądze wciąż są przy boksie, choć nikt nie powiedział, że tak będzie zawsze.

 

Boks może zniszczyć zachłanność. Na walki najlepszych z najlepszymi (Mayweather Jr – Pacquiao) trzeba czekać latami, a bardzo często pozostają jedynie w sferze marzeń. 17 kategorii wagowych i niezliczona już ilość pasów i półpasków sprawia, że nawet ludzie zorientowani w temacie gubią się w tym wszystkim i nie wiedzą o co chodzi. Tak naprawdę nikomu nie zależy, by wyłaniać w każdej wadze jednego mistrza, i tu jest wyraźna przewaga MMA.

 

Kickboxing też zgubiła zachłanność. Znałem mistrzów świata, którzy tak naprawdę nie liczyli się w tym biznesie, a z dumą nosili pasy kilku mało znaczących federacji.

 

Za chwilę w boksie będzie podobnie. Swoich mistrzów chce mieć Al Haymon, a konkretnie PBC (Premiere Boxing Champions) pokazująca gale w telewizji FOX . Jeśli tym tropem pójdą inni, to o prawdziwych czempionach tej dyscypliny przyjdzie chyba zapomnieć.

 

A przecież nie można wykluczyć, że wcześniej czy później boks zniknie też z programu olimpijskiego. MKOL szuka nowych rynków, nowych, młodych wyznawców, którzy pójdą śladem swoich zainteresowań. A wtedy MMA może zająć miejsce boksu, choć na razie taki scenariusz wydaje się mało prawdopodobny. Siłą największych organizacji, takich jak UFC, jest to co jest słabością boksu, konsekwencja w wyłanianiu jedynych, prawdziwych mistrzów. MMA na tym wygrywa.

 

Myślę jednak, że ta swoista rywalizacja może tylko pięściarstwu pomóc, wymusić zmiany, które go uratują, jeśli zacznie się kryzys. Zresztą odkąd pamiętam wieszczono koniec tej dyscypliny, a w wielu krajach, między innymi w Wlk. Brytanii ma się dziś lepiej niż kiedykolwiek wcześniej. Są jednak i takie miejsca, gdzie boks usycha, a MMA kwitnie. I tak właśnie będzie wyglądać najbliższa przyszłość, część zostanie przy boksie, inni pójdą z MMA.

 

A jak to się skończy? Być może remisem, bo miejsca jest wystarczająco dużo dla jednych i drugich. Na razie jednak i boks, i MMA, globalnych gwiazd mają niewiele.

Janusz Pindera

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze