Szef polskiej misji olimpijskiej: W Tokio chcemy wyjść z marazmu 10-11 medali

Inne
Szef polskiej misji olimpijskiej: W Tokio chcemy wyjść z marazmu 10-11 medali
fot. PAP

Dyrektor Departamentu Sportu Wyczynowego w ministerstwie sportu Marcin Nowak podczas rozpoczynających się za 200 dni igrzysk w Tokio zadebiutuje w roli szefa misji olimpijskiej. "Głęboko wierzę, że 15 medali jest całkiem realne" - powiedział były sprinter.

Polska Agencja Prasowa: Do rozpoczęcia igrzysk w Tokio zostało 200 dni. Na czym polegają obecnie główne działania Polskiego Komitetu Olimpijskiego i pana jako szefa misji?

 

Marcin Nowak: Z tygodnia na tydzień pracy jest coraz więcej, coraz więcej rzeczy staje się faktem i coraz więcej spraw nam się rozjaśnia. Kolejne osoby i dyscypliny dołączają do listy tych z wywalczonymi kwalifikacjami. Planowanie przelotów, konkretne daty, to wszystko się powoli krystalizuje. Dopinamy miejsca, w których przedstawiciele poszczególnych sportów będą mieć zgrupowania przed igrzyskami. Organizujemy też dodatkowe miejsca poza wioską, bo na pewno będzie trochę osób bez akredytacji lub z akredytacjami, ale bez wejścia do wioski. Działamy więc w wielu wymiarach.

 

Pojawiły się głosy, że niektórzy zawodnicy - wskazując na duże odległości aren sportowych od wioski olimpijskiej - chcą mieszkać poza wioską. To prawda?

 

Nie do końca tak jest. W Tokio rzeczywiście są spore odległości, bo to przecież wielkie miasto, ale świetnie skomunikowane. Położenie wioski determinuje to, że do samych obiektów za daleko nie będzie. Myślę, że - poruszając się dedykowanymi autobusami - zajmie to między 30 a 40 minut, niezależnie od korków. Rywalizacja w części dyscyplin faktycznie będzie się toczyć poza Tokio, ale żeglarstwo ma dedykowaną dla siebie oddzielną wioskę, która jest całkiem niedaleko od przystani. To samo jest z kolarzami, którzy będą jeszcze bardziej oddaleni. MKOl stosunkowo niedawno podjął decyzję o przeniesieniu maratonu i chodu do Sapporo, a oba miasta dzieli ok. 1000 km. W związku z tym organizatorzy pracują nad nowymi miejscami noclegowymi dla zawodników. Może nie będzie to kolejna wioska satelitarna, ale np. jakiś hotel w mieście dla nich samych.

 

Czy ktoś z polskich zawodników, którzy będą startować w samym Tokio, zgłaszał chęć mieszkania poza wioską?

 

Nie, raczej nie. Praktykujemy chwilowe opuszczenie wioski, bo zdarza się, że zawodnicy mają takie życzenie. To wieloletnia praktyka, a są to nasi mistrzowie. Na dzień czy dwa przed samym startem czy finałem, żeby głowa trochę odpoczęła, nocują poza wioską, w jakiś hotelu, który organizuje właściwy związek sportowy we współpracy z nami. Każde takie wyjście i nocleg poza systemem olimpijskim wymaga zgłoszenia, m.in. do systemu antydopingowego ADAMS. Mamy sygnały, że będą takie jednostkowe przypadki opuszczenia na krótko wioski, aby odpocząć od tego całego zgiełku i atmosfery igrzysk. Nie mamy zgłoszeń, by ktoś nie chciał mieszkać w wiosce. Nie rekomendujemy też tego, bo mieszkanie w wiosce zapewnia bezpieczeństwo, komfort logistyczny oraz ułatwia wszelkie kwestie związane z badaniami dopingowymi.

 

Wspomniał pan, że obecnie trwa planowanie przelotów. Co już zostało ustalone?

 

Nie wiemy jeszcze, ile lotów nas czeka, bo jest to uzależnione od tego, ile osób finalnie pojedzie na igrzyska. To zaś okaże się pod koniec czerwca lub na początku lipca. Ostateczną datą zgłoszeń jest 6 lipca, więc myślę, że kilka dni wcześniej zarząd PKOl oficjalnie zatwierdzi naszą ekipę i dopiero wtedy te ostatnie loty będą mogły być dopięte. Dzięki temu, że linie lotnicze LOT są oficjalnym przewoźnikiem polskiej reprezentacji olimpijskiej, wiele przelotów mamy wstępnie zarezerwowanych na różne dni. Adaptując to do programu igrzysk patrzymy, czy dany sport ma szanse na kwalifikację. Nawet jeśli są one matematyczne, to te miejsca trzymamy do ostatniej chwili. Dzięki umowie z LOT-em jest taka możliwość. Systematycznie to weryfikujemy, gdy kolejni zawodnicy uzyskują kwalifikacje lub szanse przepadają.

 

Czy wiadomo już, kiedy polecą na miejsce pierwsi reprezentanci kraju?

 

Wejście do wioski olimpijskiej jest możliwe na 10 dni przed otwarciem igrzysk, czyli od 14 lipca. Wiemy jednak doskonale, że część zawodników uda się na miejsce już wcześniej - do Tokio, innych miast w Japonii, ale i całej Azji, by przyzwyczaić się do tamtejszego klimatu. Nie da się też jednoznacznie powiedzieć, kiedy czołowa grupa reprezentacji poleci. Największą stanowić będą lekkoatleci, kajakarze, wioślarze, kolarze, ale każda dyscyplina ma swoje wcześniejsze plany. Na pewno będzie taki jeden duży, główny transport, ale też będzie pewnie okres, że codziennie ktoś nowy będzie przylatywał.

 

Co stanowi największe wyzwanie i trudność w obecnych działaniach?

 

Teraz cała siła pracy leży w rękach i nogach zawodników, bo liczymy na kolejne kwalifikacje. Obecnie potwierdzonych - dla kraju i imiennych - mamy 77. Zakładamy, że reprezentacja będzie liczyć mniej więcej tyle co cztery lata temu w Rio de Janeiro, gdzie było nieco ponad 250 osób. Chciałbym, żeby zawodników było więcej, bo poziom naszego sportu olimpijskiego idzie w dobrą stronę, ale oscylujemy dalej wśród tych samych liczb. Najtrudniejsze teraz jest dopięcie samych lotów. Nie wszystko można już skoordynować, nie znając liczby zawodników z danego związku. Niezależnie od tego PKOl działa w zakresie wyposażenia zawodników w niezbędny sprzęt sportowy. Pracujemy też nad organizacyjnymi sprawami w samym Tokio, jak choćby tych dotyczącymi Dnia Polskiego. Przygotowujemy też wizyty oficjeli.

 

Dzień Polski podczas igrzysk to już chyba tradycja...

 

To szeroko pojęta promocja Polski - poprzez sport, ale i - dzięki prezesowi PKOl Andrzejowi Kraśnickiemu - kulturę i cieszy się wielkim powodzeniem. Od lat organizowane są przy tej okazji koncerty muzyki klasycznej. W Japonii cieszy się ona wielkim poważaniem i liczymy, że te koncerty - jako jedna z atrakcji - będą oblegane nie tylko przez turystów z Polski, ale i społeczność japońską. Nie wszystkie kraje takie akcje promocyjne organizują, ale część tak. Niektóre przygotowują nawet domy narodowe, gdzie przez całe igrzyska można posmakować danej kuchni, obejrzeć wystawy i wernisaże, zapoznać się z kulturą i historią danego kraju. Jest to też w naszych planach. Japonia jest daleko i sprawa przewozu towarów jest bardzo skomplikowana, więc na ten moment PKOl z pomysłu domu zrezygnował, ale myślę, że w kontekście igrzysk w Paryżu w 2024 roku wrócimy do takich rozmów.

 

Wspominał pan o szacowanej liczebności reprezentacji. A co z szansami medalowymi?

 

Szacować zawsze można, a potem igrzyska piszą swoją historię. Chcielibyśmy wyjść z tego marazmu 10-11 medali. Pamiętajmy, że na sukces musi się złożyć: ciężka praca, dużo zdrowia i trochę szczęścia. Sądzę, że obecny poziom naszych najlepszych sportowców i ich wyniki z ostatnich lat pozwalają nam - mówię o tym odważnie - celować w jakiś rekord. Ja całe życie goniłem za rekordami. Głęboko wierzę, że 15 medali jest całkiem realne i nie będzie w tym wielkiej przesady, jeśli powiemy, że będą to bardzo udane dla Polski igrzyska.

 

Jak układa się współpraca z Japończykami?

 

Bardzo dobrze. Japończycy trzymają się sztywno regulaminu i elastyczności jako takiej nie ma, ale do tego trzeba po prostu przywyknąć, wziąć to za pewnik i w tym stylu pracować. Żadnych problemów jednak nie robią. Latem byliśmy na seminarium dla szefów misji i mieliśmy okazję wizytować większość obiektów oraz wioskę. Pod koniec pierwszego kwartału 2020 roku zamierzam jeszcze na chwilę tam się zjawić i sprawdzić, jak to wygląda finalnie. Odwiedzę wioskę, może też miejsca, w których fizycznie będą przebywać nasi zawodnicy oraz sprawdzę logistykę, czyli spróbuję osobiście pokonać odległości między obiektami i wioskami, by podczas samych igrzysk nie było jakiś niespodzianek.

 

Pewnikiem wydaje się też upał podczas zmagań olimpijskich...

 

No tak, będziemy tam praktycznie w najgorszym momencie, a poza wysokimi temperaturami będzie też bardzo duża wilgotność. Ale to dotyczy tylko tych sportów na otwartej przestrzeni. Lekkoatleci są na pewno do takich warunków przyzwyczajeni. Zmierzyli się z nimi podczas ubiegłorocznych mistrzostw świata w Katarze. Tam co prawda stadiony były klimatyzowane, ale dla lekkoatletów wysoka temperatura nie jest problemem. Wspomniana impreza w Dausze to pokazała, bo była rekordowa pod względem poziomu sportowego.

 

Ale też w pamięci zostały zdjęcia części wycieńczonych zawodników...

 

Tak, ale właśnie dlatego maraton i chód przeniesiono do Sapporo, gdzie będzie o kilka stopni mniej w godzinach startów. To da jakieś wytchnienie zawodnikom, choć o komforcie w tych warunkach mówić trudno. Dla nich optymalną temperaturą byłoby 15 stopni. Na igrzyskach prawie nigdy takich nie ma, zawsze jest ekstremalnie. W Sydney, Atenach, Pekinie i Rio de Janeiro było gorąco. W Londynie nie pamiętam, mogło być chłodniej, ale generalnie to letnie igrzyska i trzeba się liczyć z tym, że temperatury będą wysokie.

 

Polscy lekkoatleci w MŚ w Katarze testowali kamizelki chłodzące. Czy Japończycy przygotowują jakieś inne metody łagodzące skutki upału?

 

Tak, mają szereg systemów umożliwiających zawodnikom schładzanie, np. nawiewy i bramki z mgiełką wodną o odpowiednio niskiej temperaturze, które mają dać chwilowe poczucie ochłodzenia. Czy to zadziała - nie wiem. Będą też chłodzące wanny, ale to raczej norma i większość związków sportowych tego rodzaju sprzętu już używa. Na pewno tego typu metody chłodzenia czy regeneracji potreningowej będą w Tokio wykorzystywane. PKOl planuje dla związków, które zgłosiły taki akces, wyposażenie ich w kamizelki chłodzące testowane właśnie na lekkoatletycznych MŚ. Myślę, że to dobry sposób, cały świat ich używa. Nawet podczas piłkarskiego mundialu w 2018 roku były stosowane. Sprawdza się to. Większość naszych zawodników to doświadczeni sportowcy, którzy startowali na całym świecie i zmienne warunki klimatyczne nie są dla nich niczym nowym i nie wierzę, że to ich zaskoczy.

 

To będą pana pierwsze igrzyska w roli szefa misji. Spodziewa się pan, że w lipcu da się we znaki stres lub poczuje pan adrenalinę?

 

Adrenalina już jest, uwielbiam pracę z ludźmi i sportowcami. Właściwie adrenalina czy stres to nie są odpowiednie słowa. To bardziej zniecierpliwienie, bo wszyscy chcielibyśmy już mieć te finalne liczby potwierdzonych sportowców i chcielibyśmy już jechać do Tokio, a przede wszystkim wszyscy czekamy na rozpoczęcie igrzysk.

psl, PAP

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze