Pindera po porażce Polek: Potencjał jest, awansu brak

Siatkówka

Tokio było bardzo blisko, polskie siatkarki olimpijski awans miały na wyciągnięcie ręki, ale to Turczynki wyszły ostatecznie obronną ręką z tej wojny o igrzyska.

Takie porażki bolą najbardziej, bo w pewnym momencie półfinałowego meczu Polska – Turcja podczas turnieju kwalifikacyjnego do igrzysk w Tokio rozgrywanego w Apeldoorn, rywalki były spanikowane. Polki miały pięć piłek meczowych o których będą myśleć jeszcze długo, bo na kolejną olimpijską szansę przyjdzie im czekać cztery lata. To młody zespół, więc myślę że większość z nich zobaczymy w walce o igrzyska w 2024 roku. A wcześniej podczas innych, wielkich imprez, takich chociażby jak mistrzostwa świata za dwa lata, które zorganizuje Polska i Holandia.

Wielki potencjał polskiej drużyny jest oczywisty, tym bardziej więc żal przegranej z Turcją, która w sobotę była do pokonania. Nie ma pewności, że w finale Polki pokonałyby Niemki, które szły w Apeldoorn od zwycięstwa do zwycięstwa, ale z pewnością mecz ten byłby bardzo zacięty, bo zmierzyłyby się w nim zespoły o podobnych możliwościach.

Z Turcją zabrakło trochę siły rażenia. Liderka drużyny Jacka Nawrockiego, Malwina Smarzek, tym razem atakowała z mniejszą skutecznością niż zazwyczaj, ale i tak wygrana była bardzo blisko. Gdyby Polki wykorzystały wielką szansę w czwartym secie nie byłoby dyskusji o słabych statystykach Pani Malwiny. Przypominam sobie męski półfinał ME 2011 w Wiedniu, gdzie Serbia pokonała Rosję. Słynny Ivan Miljković spisywał się wtedy słabo, atakował z niską skutecznością, ale w dramatycznej końcówce wziął ciężar gry na siebie i nie popełnił błędu.

Naszym siatkarkom w decydujących momentach tej emocjonalnej wojny o igrzyska zabrakło trochę szczęścia i chłodnej głowy. Czasami tak bywa, to jest siatkówka, zawsze to słyszę od starych mistrzów tego sportu. Nie trzeba daleko potwierdzenia tej maksymy. W piątek w Berlinie skończył się męski turniej kwalifikacyjny w którym Francja pokonała gładko (3:0) Niemcy. A przecież ta sama Francja w półfinałowym meczu ze Słowenią była już na skraju przepaści, przegrywała 0:2 w setach, a w trzecim 3:7. Wydawało się, że nic nie uratuje Trójkolorowych, Słoweńcy, aktualni wicemistrzowie Europy grali jak z nut. I nagle ktoś wyłączył zasilanie w ich zespole i wszystko uległo zmianie. Stracili przewagę, seta, później kolejnego, nie mieli nic do powiedzenia w tie breaku. Francuski dziennik sportowy L’ Equipe dał wielki tytuł: „Cud w Berlinie”. Czy to był cud? Raczej samo życie, po prostu taka jest siatkówka.

Trener Turczynek, włoski szkoleniowiec Giovanni Guidetti też był bliski zawału, gdy w czwartym secie półfinałowego meczu z Polską jego dziewczyny spadały w przepaść. Jakimś cudem wybroniły jednak pięć piłek meczowych, by doprowadzić do tie breaka po 44 minutach tej niezwykle dramatycznej partii. W piątej, decydującej, poszły za ciosem, a Polki nie potrafiły już odpowiedzieć z równą siłą i skutecznością. Później były łzy, szok i smutek pokonanych, oraz szalona radość zwycięzców.

Mimo porażki cieszy jednak sam fakt, że narodził się w Polsce żeński, reprezentacyjny zespół, który ma argumenty, by coraz częściej wygrywać. Za rok mistrzostwa Europy, Liga Narodów, myślę że możemy z dużymi nadziejami patrzeć w przyszłość, choć oczywiście boli, że zabraknie naszych siatkarek na igrzyskach w Tokio.

Janusz Pindera, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze