Garczarczyk: Dzięki Kobe powstał najlepszy zespół od czasów Dream Teamu

Koszykówka
Garczarczyk: Dzięki Kobe powstał najlepszy zespół od czasów Dream Teamu
Fot. PAP

Był w nim ogień, ten żar bycia najlepszym. Miał to w DNA - mówił nie wstydząc się przed dziennikarzami łez trener Los Angeles Clippers - Doc Rivers. Ten żar to pierwsza rzecz, którą wszyscy, którzy mieli okazję zetknąć się z tragicznie zmarłym w katastrofie helikoptera, 41-letnim Kobe Bryancie, musieli zauważyć. Moje wspomnienie to trzy momenty z kariery Kobe. Trzy z niezapomnianych setek, kiedy podobnie jak inni kibice, miałem przywilej oglądać jednego z najlepszych nie tylko swojej generacji.

Kobe: rok 2000

 

Czy Kobe był następcą Michaela Jordana? Przez większość kariery Kobe był porównywany i oceniany przez pryzmat jednego koszykarza - Michaela Jordana. Przyznam, że kiedy w 1996 roku, prosto ze szkoły średniej przyszedł do NBA, porównania musiały śmieszyć. W pierwszych trzech sezonach, choć było widać jego talent, nawet w LA Lakers nie wszyscy zdawali sobie sprawę z tego, że po parkiecie biega przyszła legenda. Pewnie dla większości kibiców meczem Kobe, który najbardziej zapamiętali było pamiętne 81 punktów przeciwko Toronto.

 

Mnie Bryant przekonał do siebie w 2000 roku, podczas czwartego spotkania finałów przeciwko Indianie Pacers. Lakers wygrali dwa pierwsze mecze, Indiana wygrała trzeci mecz mecz. W tym czwartym w Indianapolis, Shaq musiał zejść z boiska za przewinienia osobiste, Pacers wydawali się pewnie zwycięstwa. Do czasu, kiedy 21-letni Kobe, który przez całe finały miał problemy z kontuzją, sam rozstrzygnął  mecz, dając Lakers zwycięstwo w dogrywce 120:118 i prowadzenie w serii 3-1. Jeśli ktokolwiek do tego momentu miał wątpliwości czy Kobe jest mentalnie odporny na stres, czy potrafi grać bez obciążenia, być liderem w najbardziej kryzysowych momentach - już później ich nie  miał. Dla mnie był to przełomowy mecz legendarnej kariery numeru 24.

 

Kobe w Chicago Bulls

 

Nigdy tak bardzo nie wierzyłem, że Kobe zagra w Chicago jak w 2006 roku. Los Angeles Lakers oddali Shaquille O’Neala do Miami Heat, Shaq zdobył tam czwarty tytuł, a Kobe miał już naprawdę dość wszystkiego, co się działo w klubie, kiedy Lakers przegrali w pierwszej rundzie playoffs z Phoenix Suns. Otwarcie mówił o tym, że nie chce już dalej grać w Lakers i dla nikogo nie było tajemnicą, że jedynym klubem w którym zawsze - oprócz Lakers - chciał występować, było Chicago Bulls.

 

Przez kilka tygodni gazety po obu stronach wybrzeża USA prześcigały się w scenariuszach, kluby zaczęły negocjacje, a sam Bryant był przekonany, że będzie grał w Chicago. Amerykę obiegło wtedy wideo, kiedy kibice zobaczyli przechodzącego przez parking sklepowy Bryanta, dobiegli do niego i zaczęli błagać by został w Lakers. “Panowie, radzę kupić strój Bulls” - odparł Kobe. Grać na tym samym parkiecie co jego idol, koszykarz na którym wzorował się prawie we wszystkim, pozostało już do końca wielkiej kariery niedoścignionym celem Bryanta. I jego kibiców w Wietrznym Mieście.

 

Kobe w Pekinie

 

Mieszkam w Chicago, więc obserwować Kobe poza parkietem mogłem tylko wtedy, kiedy Bryant przylatywał do Wietrznego Miasta albo podczas Meczów Gwiazd. I to też bardzo wyrywkowo - na konferencji prasowej, po kilkanaście minut przed i po meczu. Tak było do czasu, kiedy nie poleciałem na igrzyska w Pekinie. To w 2008 roku reprezentacja Stanów Zjednoczonych miała być Zespółem Odkupienia (Redeem Team), po tylko po brązowym medalu poprzednich igrzysk w Atenach.

 

Nowy trener, Mike Krzyzewski od początku obozu treningowego w Chinach przypominał każdemu, że w olimpijskiej koszykówce bardziej niż zespołowe popisy liczy się zespół. Wszyscy wiedzieli, że te słowa są kierowane przede wszystkim do Kobe. Bryanta u szczytu kariery i możliwości, zaledwie kilka miesięcy oddalonego od 81 punktów przeciwko Toronto, który wiedział, że Pekinie jest w stanie dominować nad każdym rywalem... ale tego nie chciał Coach K.

 

Było widać, że Kobe nie jest związany z pozostałymi zawodnikami USA Basketball przyjacielskimi więzami, ale od pierwszej sesji treningowej w pekińskim uniwersytecie wiadomo było, że poświęci wszystko dla zespołu. Nawet podczas zwykle kilkunastu minut, kiedy mogłem z kolegami oglądać rywalizację pomiędzy podzielonym na dwie drużyny zespołem USA, było widać, że Kobe się nie oszczędza. Szalał w ataku, tak samo jak w defensywie. Dopingował kolegów do lepszej gry głośniej niż Krzyżewski. Uśmiech na twarzy trenera mówił wszystko, a powstanie najlepszego zespołu od czasu Dream Teamu z 1992 roku z Barcelony stało się dzięki niemu faktem. 

Przemysław Garczarczyk, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze