Zasada: Nie chce mi się wierzyć, że mam 90 lat

Moto

Najbardziej utytułowany polski kierowca rajdowy Sobiesław Zasada 27 stycznia obchodzi 90. urodziny. W trakcie swojej kariery wygrał blisko 150 rajdów i trzykrotnie wywalczył tytuł mistrza Europy. W rozmowie z Krystianem Sobierajskim podzielił się swoimi wspomnieniami, początkami przygody ze sportem i wypadkiem, po którym prawie stracił nogę.

Rozpoczął pan przygodę z samochodami w trudnych czasach.

 

W trakcie mojego dzieciństwa w domu panowała duża dyscyplina i poszanowanie chleba. Takie były powojenne czasy. Szczerze powiem, że z perspektywy czasu stwierdzam, że bardzo dużo zawdzięczam harcerstwu, to ono mnie wychowało. Często wspominam te czasy, a hasło "Bóg, honor, ojczyzna" towarzyszyło mi całe życie.

 

Od najmłodszych lat był pan aktywny - lekkoatletyka, tenis stołowy, narciarstwo. Czego nauczyła pana ta szeroka fascynacja sportem?

 

Wszystkie początkowe przygody ze sportem pomogły mi w dalszej karierze. Swoje pierwsze zawody w lekkoatletyce wygrałem podczas harcerskich mistrzostw Polski w Krakowie. Byłem liderem w rzucie oszczepem, dyskiem, skoku w dal, sztafecie, biegu na 1000 metrów. W nagrodę dostałem duży plecak.

 

1953 rok i wypadek na stoku narciarskim w Zakopanem. Był to dla pana punkt zwrotny i początek zainteresowania sportami motorowymi?

 

Narty miały wtedy wiązania długorzemienne, tzw. "Langrimeny", które trzymały nogę. Mówiło się, że w sytuacji wywrotki uszkodzi się albo noga, albo narty. W moim przypadku było to pierwsze. Pamiętam, że byłem wtedy półtora miesiąca po ślubie. Było minus 26 stopni i wylądowałem w szpitalu. Lekarze czekali trzy dni z decyzją o amputacji mojej nogi. Na szczęście udało się ją uratować.

 

Kiedy postanowił pan usiąść za kierownicą i powalczyć z konkurencją?

 

W latach 50. samochodów było niewiele. Początkowo nie myślałem o sporcie motoryzacyjnym jako coś przyszłościowego. Mój pierwszy start był o Błękitną Wstęgę Ojcowa w roku 1952. Pojechałem samochodem od ojca, BMW 320 i niespodziewanie wygrałem ten rajd. Wtedy motoryzacja mnie nie wciągnęła. Takie "prawdziwe", wymagające rajdy zaczęły się w roku 1957/58. Wziąłem udział w rajdzie dolnośląskim, który był pierwszym z odcinkami prowadzących do góry i w dół, a także etapy wyścigowe po różnych drogach szutrowych. To był początek rajdów w Polsce. Były też wyjazdy zagraniczne, które organizował Automobilklub. Jednym z nich był rajd w Finlandii. Dla mnie to najważniejszy moment w karierze, w którym zaszły we mnie wielkie zmiany. Opanowałem tam bardzo technikę jazdy na szutrach. W moich czasach nie było trenerów sportów motoryzacyjnych. Ja sam dla siebie byłem szkoleniowcem. Lekkoatletyka nauczyła mnie ergonomii ruchu, którą wykorzystywałem w rajdach.

 

Jak prowadził się samochód, który zaprowadził pana do pierwszego mistrzostwa Europy w 1966 roku?

 

Zaczęło się od mojej jazdy z Longinem Bielakiem. Prowadziłem wtedy podrasowanego fiata 600 i zostałem zaproszony do Austrii przez Jonanna Pucha. Musiałem testowo przejechać odcinki, które, ku zaskoczeniu wszystkich, wygrałem. I tak dostałem od Pucha samochód, a także propozycję, by zostać ich kierowcą fabrycznym.

 

Relacja w radiu z pana dojazdu do rajdu Monte Carlo było momentem, kiedy Polacy zaczęli interesować się sportami motorowymi na szeroką skalę.

 

Zainteresowanie rajdami było wtedy już tak duże wśród ludzi, że i młodzi i starzy poświęcali noce na słuchanie audycji z zawodów. Byliśmy jedyną ekipą Steyr-Pucha, która dotarła do Monte Carlo. Po tym rajdzie Puch zadecydował, że tylko my wystartujemy w mistrzostwach Europy.

 

Drugi tytuł mistrza Europy zdobył pan z Porsche.

 

Zostałem namówiony przez zawodnika Mercedesa na udział w największym rajdzie na świecie, Gran Premio Argentyny. Przekonałem Porsche, by pojechać w tej imprezie. Zgodzili się, że dadzą mi dwa samochody, ale nic więcej ich nie interesowało - serwis, transport. Na wyścig składało się pięć etapów, każdy w granicach 700/800 kilometrów. Po pierwszym, wygranym przez nas, etapie, obudziła się cała Polonia. Zainteresowanie sportami motorowymi w Argentynie było nieprawdopodobne. Polacy nosili nas na rękach. Na ostatnim odcinku był moment, w którym zastała nas olbrzymia mgła. Gdy z niego wyjechaliśmy zobaczyliśmy, że nie ma nad nami helikopterów. Okazało się, że w mediach podano informację, że zatrzymaliśmy się we mgle. Zaskoczyliśmy wszystkich, gdy nasz samochód dojechał jako pierwszy. Pobiliśmy również rekord trasy. To był mój pierwszy międzynarodowy sukces na wielką skalę.

 

Zwykł pan życzyć swoim rywalom "szerokiej drogi". To obecnie bardzo powszechny zwrot.

 

W tych czasach drogi były bardzo wąskie, otoczone drzewami. Życzyliśmy sobie również po polsku "gumowych drzew" albo z niemieckiego "połam kark i nogi", co mi się bardzo nie podobało. Wtedy wymyśliłem nowe hasło, które się przyjęło i jest używane do teraz.

 

Cała rozmowa z Sobiesławem Zasadą w załączonym materiale wideo.

Krystian Sobierajski, NP, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze