Kung-fu kop, który przeszedł do historii futbolu

Piłka nożna
Kung-fu kop, który przeszedł do historii futbolu
Fot. PAP

25 lat temu oglądaliśmy jedno z najbardziej spektakularnych uderzeń w dziejach piłki nożnej. Kopał niesforny geniusz, Eric Cantona. Kopał brutalnie. Nie piłkę, a ubliżającego mu z trybun kibica. Francuz zrobił to w stylu kung-fu. Bardzo wprawnie, pokonując niemałą wcale przeszkodę, jaką były bandy reklamowe. Musiał słyszeć dobrze, co wykrzykuje do niego Mattew Simmons, bo od razu namierzył gościa w czarnej kurtce.

K…, wyp… do Francji, ty francuski draniu – to te słowa miały rozwścieczyć ówczesną gwiazdę Manchesteru United w wyjazdowym meczu z Crystal Palace w Londynie. Ale tak naprawdę nigdy nie dowiemy się, jaką wiązankę Simmons rzucił naprawdę. Było wiele wersji, zmieniały się przez lata. Ta, którą przedstawiał sam Simmons, miała brzmieć: „Wypad, wypad, wypad. Czas na kąpiel i do domu, panie Cantona”. Ale na pewno używał dosadniejszych słów, zwłaszcza że sąd wymierzył mu grzywnę 500 funtów i nałożył całoroczny zakaz stadionowy. W sobotę minęło dokładnie ćwierć wieku od tamtego meczu. Meczu, o którym cały świat piłki pamięta do dziś, choć przecież nie było stricte z nim związane, nienaznaczone tragedią, które to w sposób szczególny zostawiają swój ślad w historii.

 

Jak w przypadku każdego wydarzenia, które przechodzi do annałów, i to miało sekwencję wydarzeń, a następnie punkt kulminacyjny. Zaczęło się od tego, że jeszcze w pierwszej połowie Cantona został surowo potraktowany przez obrońcę gospodarzy Richarda Shawa. Sędzia nie pokazał za to żółtej kartki, ale schodząc na przerwę cały Manchester ruszył do Alana Wilkiego, by zwrócił uwagę na zachowanie Shawa, wychowanka Palace, ulubieńca publiczności. Cantona, jak miał w zwyczaju, zapamiętał. Zapamiętał, by oddać.

 

Trzy minuty po zmianie stron doszło do kolejnego starcia między nimi. Cantona kopnął rywala. Choć mocno, nie wiadomo do dziś, czy złośliwie. W każdym razie sędzia Wilkie pokazał mu czerwoną kartkę.

 

Wydarzenie to niespecjalnie zrobiło wrażenie na Aleksie Fergusonie. Jednak Cantona miał całkiem sporą drogę do pokonania, wzdłuż linii bocznej, obok sektora, gdzie siedział Simmons. Zdążył jeszcze opuścić kołnierzyk koszulki, kiedy Simmons pokonywał kilka rzędów, by stanąć z Cantoną oko w oko i wykrzyczeć mu, co o nim myśli. I wtedy Francuz ruszył na niego bez hamulców…

 

 

 

Kompletnie bez znaczenia pozostało, że w meczu tym padły dwa gole, najpierw dla MU trafił David May, wyrównał obecny selekcjoner reprezentacji Anglii Gareth Southgate. Wszyscy pozostawali w szoku, także koledzy Cantony z zespołu, którzy wiedzieli, że łatwo jest go wyprowadzić z równowagi. Wszyscy pamiętali też, że jeszcze we Francji rzucił piłką w sędziego, za co został wykluczony na dwa miesiące.

 

O wydarzeniach na Selhurst Park pisały nazajutrz wszystkie angielskie dzienniki, telewizje całego świata pokazywały incydent. Pamiętajmy, że internet dopiero raczkował, więc kto nie widział telewizyjnych migawek, kolportował opowieść ubarwiając ją o swoje interpretacje.

 

Sprawa wcale nie była prosta, bo choć niektórzy stygmatyzowali Simmonsa jako prowokującego chuligana, to jednak większość domagała się jak najsurowszej kary dla piłkarza. Ferguson za to konsekwentnie obstawał przy swoim; gdyby sędzia Wilkie należycie wykonywał swoje obowiązki, do incydentu by nie doszło. Szkocki trener miał zresztą wielką słabość do Cantony, mówił o jego wyzywającej charyzmie, a wydarzenia z Londynu uznał za emanację buntu, który charakteryzował nie tylko karierę, ale całe życie Francuza.

 

Manchester, chcąc uprzedzić decyzje władz ligi, nałożył na piłkarza karę 20 tys. funtów i zakaz występów do końca sezonu. Skończyło się na zawieszeniu aż do końca września (Cantona opuścił 23 mecze w Premier League) i 120 godzinach prac społecznych (początkowo były to dwa tygodnie więzienia), a kung-fu kop z Selhurst Park naznaczył Cantonę jako człowieka nieobliczalnego. Z jednego z wielu piłkarzy wysokiej klasy Francuz przeistoczył się w świadomości fanów na całym świecie w ekstrawaganckiego geniusza, którego silna osobowość staje się znakiem rozpoznawczym. Obok rzecz jasna postawionego zawadiacko kołnierzyka koszulki i numeru siedem, który chyba w tym właśnie momencie stał się symbolem, zwłaszcza w Manchesterze United.

 

Francuz zawsze z pogardą mówił o Simmonsie konsekwentnie nazywając go chuliganem. W jednym z wywiadów powiedział nawet, że to jedna z najprzyjemniejszych chwil w jego karierze, w jeszcze innym dodawał, że wymierzył sprawiedliwość chcąc dać rozrywkę fanom Czerwonych Diabłów. Zastrzegał przy tym, że korków lepiej używać do kopania piłki niż ludzi.

 

Pewnie mało kto w to uwierzy, ale Simmons na swój sposób podziwiał Czerwone Diabły. Nawet nie specjalnie kibicował Crystal Palace, ponieważ początki jego futbolowej miłości wzięły się wraz ze zdobyciem karnetu na spotkania stołecznego Leyton Orient. Matthew był jak większość brytyjskich nastolatków, którzy uwielbiali piłkę - oglądał telewizyjne transmisje, wsłuchiwał się w relacje radiowe. Ale nad prowincjonalne rozgrywki stawiał potyczki na najwyższym poziomie. Dlatego chadzał na Selhurst Park.

 

Po fakcie badacze zajmujący się kibicami zgodnie uznali, że podziw Simmonsa dla Manchesteru to kliniczny wręcz przejaw kultury ABU (Anyone But United), czyli nienawiści do Czerwonych Diabłów, która jest silniejsza niż miłość do klubu, któremu się kibicuje. Podstawą tego ruchu nie były tylko liczne sukcesy United, ale także wynikająca z nich arogancja i wywyższanie się nad innymi.

 

Sam incydent z udziałem Cantony dostarczył kolejnego argumentu przeciwnikom MU. Nienawiść to status, który cieszy fanów United, uważają oni to za dowód uznania dla ich klubu. „Nienawidzony, uwielbiany, nigdy nie ignorowany” – to przecież hasło wypisane na jednej z flag kibiców United.

 

Wymierzony ze strony Cantony kop zmienił także życie Simmonsa, który żywo pamięta wydarzenia z 25 stycznia 1995 roku. Miał wtedy 20 lat. Całkiem niedawno żalił się, że przez incydent stracił przyjaciół i miał kłopoty w pracy. W 2011 r. został uznany za winnego uszkodzenia ciała trenera swojego syna podczas meczu piłki nożnej dzieciaków. Według relacji Simmonsa, jego syn miał być pomijany w selekcji za to, że on miał przed laty incydent z Cantoną. Simmons został skazany na sześć miesięcy więzienia i 150 godzin pracy społecznej.

Przemysław Iwańczyk, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze