Minister Sportu: Uprawiam politykę sportową

Inne
Minister Sportu: Uprawiam politykę sportową
fot. PAP

Chciałabym rozwiązać problemy nie do końca dobrze funkcjonujących związków, wspierać tych, którzy mają sięgać po medale, a rodzicom pokazać, ile sport wnosi do życia. Doceniajmy, że piłką nożną interesuje się tyle dzieci, każdy chce być Robertem Lewandowskim, to powód do dumy. Jeśli im się tam nie powiedzie, skorzystają na tym inne sporty – mówi nowa minister sportu.

Danuta Dmowska-Andrzejuk ma 38 lat, jest byłą szpadzistką, mistrzynią świata i Europy. Została następczynią Witolda Bańki po wyborach parlamentarnych i powołaniu nowego rządu przez premiera Mateusza Morawieckiego.

 

Przemysław Iwańczyk: Jak się do Pani zwracać: Pani Minister, czy Pani Ministro?

 

Danuta Dmowska-Andrzejuk: - Chyba Pani Minister. Będzie lepiej.

 

Pomija Pani feminatywy z premedytacją, nie lubi ich Pani, czy też nie chce Pani wprowadzać swoich rozmówców w zakłopotanie.

 

- Tak jest po prostu ładniej.

 

Otrzaskała się już Pani na nowym stanowisku? Minęło już kilkadziesiąt dni.

 

- Chyba jeszcze nie, ale już się wdrożyłam, przyzwyczaiłam do tempa pracy, sytuacji, w której się znalazłam. Nie ukrywam, jest to dla mnie zupełna nowość.

 

Sytuacja, w której się znalazłam”… To nie była od początku do końca Pani wola?

 

- Nie planowałam być ministrem sportu, ale kiedy padła ta propozycja pod moim adresem, nie wahałam się. Jako były przedstawiciel sportów walki, podjęłam rękawicę. Mam nadzieję, że nie będę żałować. Zresztą zdecydowałam się właśnie dlatego, by później nie żałować.

 

Musi Pani przyznać, że nie jest to stanowisko cieszące się dobrą renomą. Od 1989 r. w większości przypadków towarzyszą mu mniejsze bądź większe skandale, szefowie tego resortu albo budzili wątpliwości natury etyczno-prawnej, albo po prostu się do tego nie nadawali.

 

- Ostatni minister sportu Witold Bańka całkiem dobrze sobie radził, może właśnie dlatego, że jest byłym sportowcem. Ja też uprawiałam sport, w dyscyplinie dość elitarnej, robiłam to blisko 27 lat, więc znam go od podszewki, także z jego trudami. Mając takie doświadczenie mam nadzieję, że dobrze będę kierować resortem.

 

Zgodzi się jednak Pani, że to i trudne, i specyficzne stanowisko. Kadencja Witolda Bańki może właśnie dlatego była tak udana, że lepiej zarządza się sportem nie afiszując się ze swoimi poglądami politycznymi. Z drugiej strony ministerstwo nie jest oderwane od rzeczywistości, wchodzi w skład rządu, więc trzeba się zdefiniować. A jak jest z Panią?

 

- Zdecydowałam się na to stanowisko, bo siedziałam w sporcie dość długo, jest mi bliski, wciąż mogę zrobić dla tej dziedziny wiele według wewnętrznych marzeń i przekonań. Chciałabym być oceniana na koniec tego wyzwania.

 

Zapytam wprost: musi Pani iść zgodnie z linią polityczną?

 

- Chciałabym opowiadać o sprawach sportowych, bo znam się na tym. Potrafię zdiagnozować jego bolączki, próbuję temu zaradzić i z tego chcę być rozliczana. Nigdy nie pchałam się do polityki, ale jestem w rządzie pana premiera Mateusza Morawieckiego. Cieszę się, że mi zaufał.

 

Drążę, bo zdaję sobie sprawę, jak trudno jest odseparować zarządzanie od bieżących spraw polityki. Nie chcę bałwochwalczo stawiać ministra Bańki za wzór, ale on sobie z tym poradził. Świadczą o tym jego notowania, wskazania na najlepszego ministra w poprzednim rządzie.

 

- Też chciałabym być w ten sposób oceniana. Skupiam się na sporcie w codziennej pracy. Poza cotygodniową radą ministrów mierzę się z polityką, ale sportową.

 

Polski sport od zawsze cierpiał na deficyty finansowe. Zgodzi się Pani, że ma większe kłopoty z pieniędzmi niż kadrami.

 

- Tak, problemem są pieniądze, choć są dyscypliny, które mimo braków odnoszą sukcesy. Skoro przy tym jesteśmy, chciałabym zwrócić uwagę na federacje, które radzą sobie „mimo wszystko”. Chcę je docenić tym bardziej, że ci więksi, którzy mają dość dużo środków, nie zawsze sobie radzą. Nie chcę wrzucać wszystkich dyscyplin do jednego worka.

 

Ano właśnie, polski sport w dużej mierze finansowany jest z pieniędzy publicznych, pochodzących ze spółek skarbu państwa. A tu, zwłaszcza w negocjacjach, trzeba wykazywać się dużą zręcznością polityczną niezależnie od tego, kto jest u władzy.

 

- Uważam, że sport jest ważny dla każdego Polaka, tym bardziej kiedy osiągamy sukcesy. Sport łączy, potrafimy siadać i wspólnie kibicować. Dodam, że zbliżają się igrzyska olimpijskie w Tokio i zapewne wszyscy będziemy śledzić wyczyny naszych z biało-czerwoną flagą. Dlatego stanęłam na jego czele. I tyle…

 

Zręcznie nie odpowiedziała Pani na to pytanie. Zapytam więc o cele, jakie postawiła sobie Pani na tę kadencję.

 

- Chciałabym rozwiązać problemy nie do końca dobrze funkcjonujących związków. Mam na myśli Polski Związek Kolarski, hokej na lodzie, hokej na trawie, curling. Zarządzanie tam pozostawia wiele do życzenia. Jak już mówiłam, zamierzam zwrócić uwagę na sporty mniej medialne, niedoceniane. Nie potrzebują aż tak wielkiego wsparcia, by wrócić do lat świetności.

 

A cele dalekoterminowe? Czym zamierza Pani zapracować na opinię dobrego ministra, który pozostawia dogodną sytuację swojemu następcy?

 

- Chcę ten segment sportowy, który daje wiele młodym ludziom. Rodzice nie mają świadomości, ile sport wnosi do życia. Namawiają do nauki, ale nie do ruchu. Raczej ostrzegają przed ryzykiem jego uprawiania niż zachęcają. Podoba mi się amerykański wzorzec, według którego można osiągnąć wiele w życiu właśnie poprzez sport, np. zapewnić sobie dobre studia. Chcę stworzyć sieć akademickich centrów olimpijskich. Lokalizacje to duże miasta, gdzie można studiować i trenować, rozwijać się dwutorowo.

 

To pewna nowość… Gdzie zamierza Pani urządzić takie centra? Tam, gdzie są Akademie Wychowania Fizycznego?

 

- AWF zawsze były, ale życie pokazuje, że młodzież uprawiająca sport wyczynowy, nie do końca chce się wiązać z tym sportem także poprzez naukę. Gros sportowców trafia na inne uczelnie wyższe, chciałabym to wykorzystać. Myślę, o dużych akademickich miastach, w których mogłaby powstać dobra infrastruktura sportowa. Na pewno Warszawa, która jest zaniedbana w infrastrukturę. Wiem, o czym mówię, bo jestem warszawianką z urodzenia.

 

Sport nie może kolidować z nauką. Powinien być szansą, którą dostrzegą np. rodzice posyłając dziecko do większego miasta, otwierając przed nim szansę.

 

Minister Bańka bardzo efektownie zakończył swoją misję obejmując stanowisko szefa Światowej Agencji Antydopingowej. Pani również ma jakiś globalny plan na siebie?

 

- Nie zastanawiałam się nad tym. Myślę, co mogę osiągnąć na swoim stanowisku jako fachowiec, który długo stał na planszy szermierczej, przeżył wszystko, dużo wie. Jako sportowiec wyczynowy wiem, co dolega sportowi na tym poziomie. Jako matka dwójki dzieci wiem, czego ze sportu potrzeba do ich wychowania. Nie będę podchodzić do sportu jednostronnie, nie będę myśleć tylko o szermierce.

 

Szczerze? Współczuję Pani.

 

- Nie będzie aż tak źle.

 

Współczuję Pani, bo jeśli już się nie wydarzyło, to za chwilę się wydarzy; zapukają do ministerstwa kolejni zarządzający federacjami sportowymi i każdy z nich powie to samo.

 

- Powiedzą: „Pani Minister jest zła, bo nie chce czegoś dać”?

 

Albo wprost: „Proszę nam dać”!

 

- To już się dzieje. W większości wszystko rozbija się o pieniądze. Ale powtórzę: wywodzę się z dyscypliny, w której się nie przelewało. Były jednak sukcesy pomimo przeciwności.

 

Taka odpowiedź nie usatysfakcjonuje działacza, który przyjdzie do Pani po wsparcie. Ma Pani dużo asertywności?

 

- Tak. Ale wierzę w wielki potencjał poszczególnych dyscyplin, ile możemy z nich wyciągnąć.

 

Podsumujmy zatem priorytety. Spogląda Pani na sport od spodu piramidy, z której wyjdą wyczynowcy zdobywający medale, albo patrzy Pani na perły, którym trzeba zapewnić właściwy rozwój. Wszystkim dogodzić się nie da. Dać wszystkim po równo, to nie dać nikomu.

 

- Mamy przecież osobne finansowania na sport powszechny i sport wyczynowy. Ale bliżej mi teorii, że należy zacząć od spodu piramidy, bo bez podstaw nie będziemy mieć mistrzów i sukcesów. Do tego nie zapominajmy o infrastrukturze, należy na to patrzeć globalnie, choć wiem, że nie da się zrobić wszystkiego od razu.

 

Pamięta Pani szkolne czasy i widok pokoju nauczycielskiego z ubranym w dres nauczycielem wf, który siedzi w kącie i jest raczej na marginesie rady pedagogicznej? Obawiam się, że tak samo jest ze sportem i jego traktowaniem jako resort przez każdy rząd. Jeśli trzeba komuś obciąć finanse, pierwszą ofiarą zawsze będzie sport. Co Pani zrobi, kiedy będą zabierać, a nie dawać?

 

- Nie zastanawiam się nad tym teraz. Będę starała się, żeby sportowi nic nie zabrano. Mało tego, chciałabym, żeby dodatkowe środki, np. z podatku cukrowego, trafiały do sportu właśnie.

 

To Pani autorski pomysł?

 

- Tak. Sport jest jedyną dziedziną, która jest w stanie poradzić sobie z zagrożeniami, np. wynikającymi ze złego odżywiania, braku ruchu.

Na marginesie, jestem w trakcie rozmów z Ministerstwem Edukacji Narodowej w sprawie lekcji wf dla najmłodszych, by prowadzili je nauczyciele tego przedmiotu. Wierzę, że gros nauczycieli wf to wspaniali pedagodzy, poświęcający swój czas i zapał. Wielu z nich to przecież byli sportowcy. Np. program SKS realizujemy w szkołach, ale z naszych pieniędzy, a jego zakres ma zostać zwiększony. Taką obietnicę już dostałam. Ta współpraca międzyresortowa już działa.

 

A co Pani zrobi z tzw. dużymi sportami, np. piłką nożną? Niektórzy ludzie ze sportów niszowych pogardzają nią, twierdząc, że jest zepsuta i za dużo w niej kasy.

 

- Mierzyłam się z tą kwestią przez całą swoją karierę. Reprezentowałam Legię Warszawa i zawsze uważałam, że z piłką nie da się rywalizować, to najpopularniejszy sport. Z moimi dziećmi pierwsze, co robiłam, to kopałam piłkę. Masowość futbolu, ogromne zainteresowanie, które mu towarzyszy i to, że każdy chce teraz być Robertem Lewandowskim, to powód do dumy. Właśnie przez piłkę możemy zachęcić dzieciaki do uprawiania sportu w ogóle. Jeśli im się tam nie powiedzie i Robertem Lewandowskim nie zostaną, niech skorzystają na tym inne sporty, gdzie specjalizacja zaczyna się w wieku np. 13 lat. Doceniajmy to, że piłką interesuje się tyle dzieci.

 

Sport Panią zahartował?

 

- Nauczył mnie systematyczności, ale i nauczył mnie przegrywać. Jestem nastawiona na sukces, ale wiem, że nie zawsze będzie z górki. Podniosę się po niepowodzeniach, choć wierzę, że ich nie będzie.

 

Sądzę, że jeszcze wiele przewidzianych rzeczy Panią zaskoczy. A to trawa na Narodowym będzie zła, a coś nie wyjdzie z organizacją jakiegoś meczu. Doświadczali tego Pani poprzednicy.

 

- Jak w życiu, bywa różnie. Człowiek musi się z wyzwaniami, które na niego spadną.

 

Słyszałem, że jest Pani twardą zawodniczką.

 

- Na planszy tak było.

 

W ministerstwie też. Ponoć podjęła już Pani kilka ważnych decyzji personalnych nie słuchając suflerów.

 

- Tak. Podchodzę do życia tak, że decyduję sama o sobie. Jeśli mowa o moich współpracownikach, chcę o nich decydować ja.

 

Kim się Pani otoczyła i zamierza otoczyć na tę kadencję?

 

- Zaufanymi ludźmi. Nie tylko znanymi ze świata sportu, ale także ze względu na ich kompetencje.

 

Ministerstwo sportu zawsze było łakomym miejscem, by przyjąć na synekurę politycznego spadochroniarza. Jeśli do tego dojdzie, powie Pani „nie”?

 

- Na razie nie robiłam zbyt wielu roszad w samym ministerstwie, obsadziłam stanowiska, które miały wakat. Nie wysadzałam ludzi tylko dlatego, że współpracowali z poprzednikami. Zmiany są koniecznie, to naturalny proces w każdej pracy, rotacja stanowisk jest twórcza. Jeśli się z kimś rozstanę, to dopiero po jakimś czasie, kiedy zweryfikuję jego kompetencje.

 

Zapominając na chwilę, jaką funkcję Pani sprawuje, proszę wymienić sportowców, których najbardziej Pani podziwia.

 

- Moja koleżanka z grupy studenckiej Otylia Jędrzejczak. Widziałam, jak trenowała, sięgając po największe sukcesy. Na pewno Irena Szewińska. Z mojego sportu Jerzy Pawłowski, choć to postać niejednoznacznie oceniana, ale z wielkimi sukcesami. Nigdy nie miałam jednego wzoru, w Legii np. wielkim zaszczytem było dla mnie siedzieć w szatni koło Doroty Idzi i być z nią „na ty”, kiedy to zaproponowała.

 

Wspomniała Pani o Otylii Jędrzejczak. Nie przeszkadza Pani, że tak ona, jak i Monika Pyrek wymieniane były przed Panią jako kandydatki na ministra?

 

- Każda z wymienionych poradziłyby sobie na tym stanowisku. Sport to duża rodzina. Jestem na etapie powoływania społecznej rady sportu, obie koleżanki zaprosiłam.

 

Pani zdaniem o ministrze sportu świadczą osiągnięcia sportowców np. na igrzyskach olimpijskich?

 

- Ktoś może powiedzieć, że sportowcy sięgają teraz po sukcesy na mój rachunek. Ale ja chcę powiedzieć, że robią to siebie, dla Polski, a ja będę ich wspierać, na ile tylko mogę. Chcę cieszyć się jak każdy Polak z Mazurka Dąbrowskiego na podium.

 

Igrzyska w Tokio nie będą wprawdzie korespondować z Pani kadencją, ale te w Paryżu za cztery lata już tak. Przecież to od ministerstwa zależy, jakie stworzy sportowcom warunki do przygotowań.

 

- Sport i sukcesy nie rodzą się na pół roku przed igrzyskami, to proces. Nawet nie cztery lata, a cały czas od decyzji, by ktoś zaczynał uprawiać sport.

 

Ile medali w Tokio Panią usatysfakcjonuje?

 

- Medale nie do końca pokażą, jaki mamy poziom sportu. Prognozy są dobre, ale bywa przecież różnie. Chciałabym więcej niż dziesięć medali, choćby o jeden krążek niż w Rio de Janeiro. Czytałam opracowania, że możemy zgarnąć o 20 medali, ale trzeba być ostrożnym w tych szacunkach. Pamiętajmy, że dla części sportowców, choćby w takiej dyscyplinie jak szermierka, już sam wyjazd na igrzyska jest wielkim osiągnięciem. Startuje osiem drużyn i właściwie każda może zostać mistrzem olimpijskim.

 

Sama nie mam medalu olimpijskiego i doskonale zrozumiem tych, którzy po niego nie sięgną.

Przemysław Iwańczyk, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze