Pindera: Czy „Koszmar” powinien się bać Kownackiego?

Sporty walki
Pindera: Czy „Koszmar” powinien się bać Kownackiego?
fot. PAP/EPA

Dla Roberta Heleniusa (29-3, 18 KO) sobotnia walka w Nowym Jorku z Adamem Kownackim (20-0, 15 KO) jest dopiero drugą w USA. Siedem miesięcy temu w amerykańskim debiucie znokautował go Gerald Washington. Jest się więc czego bać, tym bardziej że wcześniej to Kownacki szybko znokautował Washingtona.

Urodzony w Sztokholmie 36-letni Fin jest pięć la starszy od Kownackiego, 9 cm wyższy, i ma znacznie większy zasięg ramion. Z tego co mówi wynika, że na tych właśnie argumentach będzie opierał swoją taktykę w starciu z Polakiem w sobotni wieczór w Barclays Center. Przygotował się do tej potyczki solidnie, trenując na Wyspach Atlandzkich, czyli tam gdzie mieszka z żoną i trójką dzieci. Jego trenerem jest Johan Lindstroem, a pomaga mu ojciec Roberta, Karl Helenius.

 

Helenius przed walką z Kownackim fizycznie prezentuje się bardzo dobrze, jego wypowiedzi też wskazują na daleko idącą pewność siebie i wiarę w sukces, ale w odróżnieniu od niepokonanego rywala Fin poznał już dobrze gorycz porażki. I jeśli pytany o najlepszych pięściarzy wagi ciężkiej twierdzi, wskazuje na siebie, to oznacza jedynie, że ma poczucie humoru lub nie ma kontaktu z rzeczywistością.

 

Trzy przegrane, w tym dwie przez nokaut, definiują go bowiem jednoznacznie. Warto przypomnieć, że nokautowali go Francuz Johann Duhaupas w 2016 roku i Amerykanin Gerald Washington, siedem miesięcy temu. Ten sam, którego Kownacki znokautował już w drugiej rundzie w styczniu ubiegłego roku. Trzeciej porażki Helenius doznał w październiku 2017 roku z rąk urodzonego na Jamajce obywatela Wielkiej Brytanii, Dilliana Whyte’a i była to przegrana punktowa. Prawdę mówiąc w starciu z innym przyszywanym Brytyjczykiem, urodzonym w Zimbabwe Dereckiem Chisorą, też zasłużył na przegraną. W Helsinkach, gdzie rozegrano w 2011 roku pojedynek, którego stawką było mistrzostwo Europy, Heleniusowi pomogły przysłowiowe ściany i sędziowie, którzy wypunktowali wątpliwe zwycięstwo Fina. Był on wtedy niepokonanym zawodnikiem grupy Sauerland Promotions i pokładano w nim spore nadzieje, co też niewątpliwie miało znaczenie w takiej, a nie innej ocenie jego walki z Chisorą. Ostatecznie jednak na nadziejach się skończyło. Sam Helenius współpracy z niemiecką grupą też nie wspomina najlepiej. W rozmowie z Przemkiem Osiakiem w „PS” przyznał, że wracał z Niemiec wraz z rodziną bez pieniędzy i długami z którymi dość długo się borykał. Między innymi dlatego wziął walkę z Whyte’em, choć dowiedział się o niej na krótko przed terminem.

 

Na szczęście to już przeszłość. Teraz jest w znacznie lepszej sytuacji i głęboko wierzy, że w boksie nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Walka z Kownackim ma być dla niego wielką szansą, by wrócić do gry. Przygotował się do niej między innymi z solidnym Brytyjczykiem Nathanem Gormanem z którym stoczył sporo sparingowych rund. Nic mu nie dolega, jest w znakomitej formie fizycznej, nie tak jak przed pojedynkiem z Washingtonem, kiedy się rozchorował, miał gorączkę i tak naprawdę powinien się wtedy wycofać, ale wierzył, że da radę. Niestety nie dał, w ósmej rundzie został znokautowany.

 

Helenius uważa, że kluczem w starciu z Kownacki będzie jego praca nóg. Ceni naszego pięściarza za jego bojowość i serce do walki, ale widzi też błędy, między innymi w tym właśnie aspekcie, więc postara się je w sobotę wykorzystać.

 

A że wygrywać potrafi świadczą jego zwycięstwa z przeszłości. W swoim bokserskim CV ma przecież wygrane przed czasem z trzema mistrzami świata. Najpierw w styczniu 2010 roku znokautował Amerykanina Lamona Brewstera, a w kolejnym, 2011 roku, Nigeryjczyka Samuela Petera i Białorusina Siergieja Liachowicza. O Peterze mówi, że bił mocniej od Deontay’a Wildera z którym miał okazję toczyć sparingowe boje przed walką „Bronze Bombera” z Dominickiem Breazeale’em w ubiegłym roku.

 

W sumie, na zawodowych ringach wygrał 29 pojedynków, w tym 18 przed czasem, był też, o czym już wspominałem, zawodowym mistrzem Europy po tej budzącej spore wątpliwości wygranej z Chisorą.

 

Pierwszej porażki, z Francuzem Duhaupasem, doznał dopiero w ósmym roku zawodowej kariery. Na olimpijskich ringach też radził sobie nieźle. Był trzykrotnym mistrzem Finlandii i zdobył srebrny medal mistrzostw Europy w 2006 roku. W Płowdiw przegrał tylko z Rosjaninem Isłamem Timurzijewem. Na niższym stopniu podium, z brązowym medalem stał wtedy Bułgar Kubrat Pulew, który w czerwcu bić się będzie o trzy światowe tytuły z Anthonym Joshuą.

 

Heleniusowi nie dany był tylko występ w igrzyskach olimpijskich. Brał wprawdzie udział w kwalifikacjach do turnieju olimpijskiego w Pekinie (2008), ale bez sukcesu. W sumie stoczył 144 walki, z których wygrał 105. Ale prawda jest taka, że w sobotni, nowojorski późny wieczór nie będzie to miało żadnego znaczenia.

 

Jeśli Helenius faktycznie postrzega Kownackiego przez pryzmat jego ograniczeń, popełnia błąd. Atuty „Bayface’a” są znacznie ważniejsze. Fin mógłby o to zapytać kilku byłych rywali Polaka, chociażby wspomnianego Washingtona lub Artura Szpilkę, któremu pomagał w Warszawie w przygotowaniach do jego walki z Mariuszem Wachem półtora roku temu. I ponoć podczas sparingów miał spore problemy ze „Szpilą”, szczególnie po ciosach na korpus. A Kownacki bije na dół mocniej i częściej.

 

Tomek Adamek, który w sobotę wybiera się do Barclays Center twierdzi, że Heleniusa stać na dobry boks, ale wierzy że Kownacki go przełamie i zakończy walkę przed czasem. Tylko musi uważać, bo Fin ma swoje argumenty, a wadze ciężkiej jedna solidna bomba wszystko zmienia.

 

W Barclays Center, w przekazie telewizyjnym zobaczymy tylko walki w najcięższej kategorii. Najważniejszy, nie tylko z polskiego punktu widzenia będzie oczywiście pojedynek Adama Kownackiego z Heleniusem, ale pozostałe dwa też warto obejrzeć. Między innymi ten z udziałem 25 letniego Nigeryjczyka Efę Ajagby (12-0, 10 KO), olimpijczyka z Rio de Janeiro, uznawanego za jednego z najbardziej znaczących prospektów młodego pokolenia. Mierzący 198 cm, bardzo mocno bijący ćwierćfinalista ostatnich igrzysk ma imponujący zasięg (216 cm), ale jego ostatni występ nie był najlepszy, więc teraz w starciu z jeszcze wyższym (202 cm) od niego, 32 letnim Rumunem Razvanem Cojanu (17-6, 9 KO) będzie miał szanse poprawić swój nieco nadwątlony wizerunek.

 

Ciekawie zapowiada się też walka 27 letniego Kubańczyka Franka Sancheza (14-0, 11 KO) z mającym polskie pochodzenie byłym mistrzem świata juniorów, Amerykaninem Joeyem Dawejko (20-7-4, 11 KO). Mieszkającego w Las Vegas Sancheza czeka trudne zadanie, bo dwa lata od niego starszy i 15 cm niższy Dawejko lubi twarde, ringowe wojny.

 

Walka Adam Kownacki - Robert Helenius w nocy z soboty na niedzielę 7 marca w Polsacie Sport. Studio od godziny 2:00.

Janusz Pindera, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze