Kostyra: To był największy geniusz w dziejach polskiego boksu

Sporty walki
Kostyra: To był największy geniusz w dziejach polskiego boksu
fot. Andrzej Kostyra
Kostyra: To był największy geniusz w dziejach polskiego boksu

Smutne to teraz dni, bez wielkich imprez. Żyjemy teraz wspomnieniami. Może i ja wykorzystam tę okazję i powspominam Feliksa Stamma, akurat dzisiaj mija 44 rocznica jego śmierci (odszedł w szpitalu w Konstancinie koło Warszawy 2 kwietnia 1976 roku).

To był trenerski geniusz, największy w dziejach polskiego sportu. Nikt inny nie osiągnął bowiem takich sukcesów jak on. 7 igrzysk olimpijskich, 24 olimpijskie medale (6 złotych, 7 srebrnych i 11 brązowych), 25 złotych medali mistrzostw Europy, 17 - srebrnych, 19 brązowych. Drugiego takiego nie było i nie będzie. - Jaki był Stamma? – wielokrotnie mnie o to pytali i kibice i młodzi bokserzy. Trudno na to pytanie odpowiedzieć w jednym tekście, ale spróbuję.

 

Poznałem „Papę” w warszawskiej redakcji katowickiego Sportu. Mieściła się tuż obok Sejmu, na ostatnim piętrze budynku. Obok nas, przez ścianę była redakcja „Boksu” prowadzona przez największego fachowca red. Lucjana Olszewskiego. A vis a vis, w bramie obok kawiarni „Frascati” (do której często wpadali na drinka Kazio Deyna z kolegami z Legii, ale to już inna ciekawa historia) była siedziba PZB. Stamm często przychodził do nas wpadał na mały koniak (z reguły bułgarska Pliska albo Słynczew Brag, innych wtedy nie było). Ja dopiero zaczynałem dziennikarską pracę, Felo (tak na niego mówiliśmy) był już na emeryturze, miał dużo czasu i gadaliśmy, przeważnie w gronie: Stamm, nieodżałowany mecenas, znakomity sędzia bokserski Adam Cwikliński, działacz bokserski Rysio Daniluk, Lucjan Olszewski, red. Grzegorz Stański, Antoni Piątek, Tadeusz Olszański, wpadali mistrzowie olimpijscy: Jurek Kulej, czasami Józek Grudzień (ale rzadko, bo był zajęty biznesem, robił „w plastikach”)... Ja junior w tym gronie głównie słuchałem.

 

Zobacz: Adamek nie boi się koronawirusa

 

Stamm mówił niewiele, ale wzbudzał wielki szacunek. Zawsze właściwie tak było, miał bowiem wielki posłuch i autorytet. Kazik Paździor (filozof ringu, złoty medalista olimpijski, jeden z nielicznych jego wychowanków, z którymi Felo przeszedł na ty) wspominał jak na zgrupowaniu w Cetniewie zabrakło na krótko Stamma, bo musiał wyjechać do Gdyni i zajęcia prowadził znakomity trener, uroczy człowiek Jan Bianga. Atmosfera była luźna. Skończyła się gdy pod koniec treningu niespodziewanie zjawił się Papa. Od razu wszyscy zaczęli ostrzej trenować.

 

Inna sytuacja. Utalentowany, ale trochę leniwy Henio Dampc (wicemistrz Europy z Lucerny 1959, w finale przegrał 2:3 z legendarnym „boskim Nino” Benvenutim) lubił się czasami wymigać z cięższych treningów: „Panie Stamm, boli mnie głowa, nie mogę już wytrzymać” - skarżył się.

 

- „Kawka” (przydomek Dampca), to podnieś głowę trochę wyżej – poradził mu Papa. - Co lepiej? - zapytał po chwili. - Lepiej trenerze. „No to noś tak głowę wysoko i trenuj” - dobrotliwie poradził mu Felo. Cały Stamm, nie musiał krzyczeć, a i tak wszyscy go słuchali.

 

Jaka była tajemnica tych olbrzymich sukcesów trenerskich Stamma? Oczywiście, że miał do dyspozycji wspaniałych zawodników, jakich dzisiaj nie ma. Ale też miał cudowną intuicję, był prekursorem. Gdy zaczynał szkoleniową karierę (trenerem polskiej kadry został w 1936 roku i był nim do 1968 roku, Igrzysk Olimpijskich w Meksyku) obowiązywała w Europie szkoła angielska, w której były ściśle określone zasady treningu, sztywne reguły, ćwiczono trochę „na jedno kopyto”. Stamm wprowadził indywidualizację. Polegała na tym, że szlifował wrodzone talenty zawodników, rozwijał ich predyspozycje. Krótko mówiąc pozwalał zawodnikom rozwijać skrzydła jednocześnie hamując rozwój ich wad.

 

Dlatego każdy z synów Papy walczył inaczej. Był filozoficzny Paździor, trudny do trafienia, szybko analizujący co się dzieje pomiędzy linami. Był „Czarodziej Ringu” Leszek Drogosz, który był tak trudny do trafienia, ale Jurek Kulej zaklinał mi się, że podczas jednego z międzypaństwowych meczów z Francją Leszek wpuszczał rywala w liny i pukał go w plecy, wskazując gdzie jest. Byli fajterzy Kasprzyk i Kulej, był mistrz kontr, kryjący w lewej rękawicy bombę dużego kalibru, chyba największy talent w dziejach polskiego boksu Zbyszek Pietrzykowski (szkoda, że nie pokonał w olimpijskim finale w Rzymie Muhammada Alego, wtedy Cassiusa Claya).

 

Zobacz: Złodzieje przy ringu

 

Stamm miał zdolności pedagogiczne i miał nosa (dlatego na IO w Tokio zabrał nie Leszka Drogosza, ale Mariana Kasprzyka, który zdobył złoto, chociaż w kraju przed IO przegrał z Drogoszem). Gdy był trenerem nie było komputerów, odtwarzaczy. Stamm miał tylko zeszyt w którym robił notatki o potencjalnych rywalach swoich chlopaków. Potem niektórzy zarzucali mu, że nie przekazał swojej wiedzy następcom. - Przecież mogli się uczyć, wszystko im pokazywałem – odpowiadał.

 

Nie mógł tylko Stamm przekazać innym swego geniuszu. Z nim trzeba się bowiem narodzić i potem rozwinąć ciężką pracą, pasją. Tak jak to robił Papa Stamm.

Andrzej Kostyra, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze