Kowalski: Co musi się stać, żeby Legia zagrała w Lidze Mistrzów?

Piłka nożna
Kowalski: Co musi się stać, żeby Legia zagrała w Lidze Mistrzów?
fot. Cyfrasport
Co musi się stać, by Legia powtórzyła sukces sprzed kilku lat?

Na pięć kolejek przed końcem rozgrywek można zakładać, że mistrzem Polski będzie Legia. Czy drużyna z Warszawy ma szansę, aby po czterech latach znów zagrać w Lidze Mistrzów? Coraz częściej można usłyszeć, że obecna drużyna jest porównywalna do tej, którą do elitarnych rozgrywek wprowadzał Besnik Hasi. Pytanie tylko czy tym razem będzie miała tyle szczęścia.

Gdyby wziąć na warsztat ekipę, która przed pandemią wprost demolowała rywali i założyć, że nie zostanie znacząco osłabiona, a może pojawią się nawet wzmocnienia, można by taką tezę stawiać twardo. Nieoczekiwana przerwa w rozgrywkach nieco Legię spowolniła, ale nie aż tak, aby nie utrzymać znaczącej przewagi nad resztą stawki.

 

Tę drużynę w większości meczów ogląda się z przyjemnością i widać też jak ogromny postęp zrobił w swoim fachu trener Aleksandar Vukovic. Nie dość, że nauczył wykorzystywać wszelkie atuty sportowe swoich graczy, to jeszcze udało mu się wprowadzić naprawdę dobrą atmosferę. Uchwycić zjawisko w klubie przy Łazienkowskiej nieobecne od lat. Zamiast wieży Babel, gdzie nie wiadomo o co chodzi i każdy ciągnie wózek w swoją stronę, stworzył zgraną ekipę, dobrze zarządza szatnią, potrafi zająć wyraziste stanowisko w trudnym momencie, jak ostatnio w przypadku Jose Kante.

 

Kowalski: Kante skopał koszulkę, ale nie kopmy jego w rewanżu

 

To jest zupełnie inny Vukovic niż ten rozedrgany z ubiegłego roku, który się miotał, obrażał, walczył z mediami i zawodnikami, potrafiącymi wyrażać swoje niezadowolenie (Carlitos). I czasem na własną zgubę, tak jak w meczu z Rangers w walce o fazę grupową Ligi Europy, nie wystawiał nawet na chwilę swojego najskuteczniejszego napastnika. To nie jest już ten Vukovic, który potrafił roztrwonić siedem punktów przewagi, jaką miała Legia przed rundą mistrzowską w ubiegłym sezonie.

 

Jest szkoleniowcem dojrzalszym i ma lepszą drużynę. Co też jest zasługą lepszego skautingu. Zamiast kolejnych ogonów z Bałkanów czy Portugalii, jakie ciągnęli za sobą poprzedni trenerzy, zaskakująco dużo transferowych strzałów okazało się celnych. Takich jak Walerian Gwilia wyciągnięty z Zabrza, Mateusz Cholewiak ze Śląska Wrocław, nieznany szerszej publiczności Luquinhas, Paweł Wszołek z QPR, wracający z wypożyczenia Jose Kante czy nawet Tomas Pekhart, który wykonuje lepszą robotę niż wcześniej w Hiszpanii. Do tego prawdziwym odkryciem był Michał Karbownik, a kolejne transfery młodzieżowców Bartosza Slisza i Piotra Pyrdoła należy uznać za wielce obiecujące.

 

Istnieje w drużynie hierarchia, coś wynika z czegoś, decyzje personalne wydają się logiczne. Dziś można odnieść wrażenie, akceptują swoją pozycję nawet rezerwowi. Nie ma przewagi obcokrajowców w składzie, drużyna jest dobrze zbalansowana pomiędzy młodymi, a starymi, miejscowymi, a przybyszami.

 

Gdyby zamrozić tę Legię, która szykowała się do restartu ligi i od razu wystawić ją na pierwszy mecz w kwalifikacjach Ligi Mistrzów, można by sobie ostrzyć apetyty. Pierwszy raz od lat najlepszy polski zespół potrafił być aż tak dużo lepszy od reszty stawki i dokumentował to wynikami.

 

Sęk w tym, że żadnej hibernacji nie będzie. Już został sprzedany bramkarz Radosław Majecki, za chwilę odejdzie Michał Karbownik, Marko Vesovic będzie leczyć kontuzję wiele miesięcy, znów kontuzji doznał Vamara Sanogo, który miał być alternatywą dla Pekharta w ataku, na półtora miesiąca wypadł Jose Kante. Nie oszukujmy się, do eliminacji, które w obecnej nadzwyczajnej sytuacji rozpoczną się dopiero we wrześniu i w kolejnych rundach (aby uzyskać awans do LM, potrzeba ograć czterech rywali) odbędzie się tylko po jednym starciu Legia będzie miała powyrywane zęby trzonowe.

 

Pech napastników Legii. Dwie poważne kontuzje

 

Na Łazienkowską trafi z kolei sporo pieniędzy (tylko z transferów Majeckiego i Karbownika można się spodziewać kilkunastu milionów Euro). Nawet zakładając, że połowa pójdzie na zasypanie dziury budżetowej, powinno zostać sporo na uzupełnienia. Menedżer współpracujący z Legią od lat – Mariusz Piekarski (reprezentuje m.in. Karbownika), twierdzi, że nie ma szans, aby ściągnąć jakiegoś asa z polskiej ligi, zwłaszcza Polaka.

 

Choćby takiego napastnika jak 18-letni Bartosz Białek z Zagłębia Lubin, który jest rewelacją ligi. Napastnik kreowany na następcę Roberta Lewandowskiego wart jest już ogromne pieniądze. Gdyby Legia wydała na niego całą nadwyżkę ze swoich sprzedaży, może i zdołała za niego zapłacić. Ale przecież nie po to dokonuje się transferów, aby wydawać na jednego nowego gracza dokładnie tyle, ile się zarobiło.

 

- Trzeba szukać okazji i takich graczy jak Luquinhas, po 450 - 800 tysięcy Euro. Można ich znaleźć. Myślę, że podczas przerwy na pandemię sztab Legii pracował pełną para i mają już wytypowanych zawodników. Jest też coraz bardziej popularna w tych czasach opcja wypożyczeń. Wabik w postaci drużyny z wielkiego europejskiego miasta, rozwijający się, oddający do użytku efektowną akademię, który planuje zagrać przynajmniej w Lidze Europy, jest naprawdę kuszący – analizuje Piekarski.

 

Tak czy inaczej, wliczając spodziewane odejścia i kontuzje, Vukovic będzie potrzebować nowych graczy na pięć pozycji: bramkarza, prawego i lewego obrońcę, skrzydłowego oraz napastnika.

 

Widząc wcześniejsze ruchy transferowe, można uwierzyć, że uda się ich zakontraktować. Co jeszcze potrzebne jest do awansu do Ligi Mistrzów? Dobre losowanie i mnóstwo szczęścia. Przypomnijmy, że w 2016 roku Legia miał na drodze do Ligi Mistrzów tak przeciętne zespoły jak bośniacki HSK Zrinjski Mostar, słowacki Trencin i irlandzki Dundalk. Wydaje się, że przy podobnych rywalach dobrze uzupełniona Legia, miałaby teraz równie wielkie szanse.

Cezary Kowalski, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze