Marian Kmita: Mimo że jesteśmy stacją prywatną, przez 20 lat udawało nam się realizować misję

Inne
Marian Kmita: Mimo że jesteśmy stacją prywatną, przez 20 lat udawało nam się realizować misję
fot. Polsat Sport

Przy okazji 20-lecia powstania Polsatu Sport Marian Kmita, szef stacji od pierwszego dnia jej działania, udzielił wielu wywiadów. Kilka z nich już zaprezentowaliśmy. Teraz czas na nasz, własny, polsatowski wywiad rzekę. Przemysław Iwańczyk pyta o wszystko, co najważniejsze z przeszłości, teraźniejszości i przyszłości.

Przemysław Iwańczyk: Pamięta Pan datę 11 sierpnia 2000 roku?

 

Marian Kmita: Słabo. Za dużo było tych różnych, wielkich przeżyć, tysięcy godzin transmisji. Przypominam sobie tylko, że to był pierwszy dzień Bundesligi na antenie Polsatu Sport. Wiązowna. Wóz transmisyjny, który zastępował nam studio i wszystko to, co mamy teraz przy Ostrobramskiej i w tym nowoczesnym, kosmicznym obiekcie przy ul. Łubinowej (Polsat Sport ma tam najnowocześniejsze i największe studio telewizyjne w Polsce do realizacji programów sportowych, wyposażone w gigantyczną, ponad 20 metrową ścianę ledową – przyp. red). Tak z grubsza pamiętam jak to było. Dzień był radosny i ciężki, jak większość, które upłynęły nam w Polsacie Sport przez te 20 lat.

 

Start kanału na pewno był poprzedzony wieloma przygotowaniami do jego premiery…

 

Impuls do powołania kanału pojawił się około 1998 roku. Jeszcze beze mnie, a z najważniejszym udziałem Piotra Nurowskiego, który sport bardzo śledził od zawsze (był w przeszłości prezesem PZLA, a potem aż do tragicznej śmierci w katastrofie smoleńskiej – prezesem PKOL – przyp. red). Ja wtedy pracowałem w TVP, jako szef sportu w „Jedynce”. Uwagę Nurowskiego zwrócił wynik oglądalności finału mundialu we Francji. Mecz gospodarzy z Brazylią obejrzało 14 milionów widzów. To wtedy Nurowski zaczął ciągnąć za rękaw prezesa Zygmunta Solorza i namawiać go, że w Polsacie trzeba zacząć robić duży sport. O kanale sportowym też myślał. Wiem, że ta jego praca, ta indoktrynacja i ciągnięcie za rękaw, przekonywanie, że sport jest ważną częścią nie tylko oferty, ale też telewizyjnego biznesu, spowodowały, że po roku plany uruchomienia kanału sportowego były już bardzo poważne. W międzyczasie, ja zmieniłem pracę – opuściłem TVP, przeniosłem się do Polsatu. Przygotowania zajęły nam kolejny rok, ale w międzyczasie bardzo ostro próbowaliśmy. Pakiety, które były zakupione (m.in. Liga Mistrzów – przyp. red) już było konsumowane. Istniał wtedy kanał – protoplasta Polsatu Sport, dziś pewnie nikt już nie pamięta, że działał, a nazywał się Formuła 1. I w tymże kanale mieliśmy swój pierwszy poligon. Pamiętam, że pokazaliśmy tam m.in. mecze towarzyskie Argentyna – Brazylia, czy turniej mistrzostw świata U’17 z Nowej Zelandii, z udziałem reprezentacji Polski. Rok 1999 to były próbne galopy.

 

Bez obawy powiedział Pan Polsatowi tak?

 

Ja w TVP pracowałem w sumie pięć lat. Polsat już istniał, obserwowaliśmy jego bardzo dynamiczny rozwój. A kiedy pracowałem na Woronicza od lata 1996 roku, to zacząłem nawet pisać analizy na temat konkurencyjnej wówczas stacji na rynku sportowym. Tak los chciał, że wiosną 1999 roku, po zakupie praw do Ligi Mistrzów doszło do mojego transferu.

 

ZOBACZ TAKŻE: Kmita: Sukces zapewniła nam wiara w polski sport, w który zainwestowaliśmy 1,5 mld złotych


Szef kanału to jedno, kontent to druga sprawa, ale ludzie to była rzecz fundamentalna, dla rozwoju stacji i sportu w Polsacie.

 

Ludzie to skarb. Wszędzie, w każdej dziedzinie, w której ktoś zajmuje się działaniami w zespole, to tyle jest wart jego szef, co zespół, którym kieruje. Z perspektywy czasu uważam, że miałem mnóstwo szczęścia. To co było nęcące i co mnie zaskoczyło w Polsacie, to bardzo bliskie stosunki w relacjach międzyludzkich. Zaprzeczające temu, co się kojarzy z relacją przełożony-podwładny. O Polsacie można powiedzieć, że to była firma rodzinna. I to też było źródło sukcesów. Bo ta droga do decyzji była bardzo krótka. Pamiętam, jak odchodząc w 1999 roku z TVP, finalizowaliśmy jakiś kontrakt z siatkówką. Zabrałem sobie kopię ostatniej strony tamtej umowy – do domu na pamiątkę, żeby nigdy nie przyszło mi do głowy wracać na Woronicza. Ze strony TVP widniało tam 17 podpisów. Po stronie PZPS – dwa. W Polsacie często wygrywaliśmy wyścig po kontent sportowy, bo była sprawa, był jeden telefon do prezesa Solorza i w ciągu dwóch, trzech godzin mieliśmy decyzję. Obojętnie, czy to był zakup walki bokserskiej za 150 tysięcy dolarów, czy dużo grubsze rzeczy.

 

Który z tych wielkich projektów 20-lecia był dla Pana najistotniejszy?

 

Na pewno mundial w Korei i Japonii był bardzo ważny dla nas wszystkich, którzy w 2000 roku wystartowali z Polsatem Sport. Niewielu ludzi wierzyło, że nam się to uda. Pamiętam, jak Andrzej Janisz usiadł ze mną w takiej małej restauracyjce przy Al. Stanów Zjednoczonych i powiedział: Marian to jest niemożliwe. Jak wam się to uda, to ja ci stawiam pomnik. I udało się. Naprawdę bardzo wąską załogą. Było nas kilku. Studio w Piasecznie. Pomysł na pozyskanie Jacka Gmocha – wszystko zagrało świetnie. Andrzej wrócił z Japonii, pytam: udało się? No to stawiaj pomnik (odlew od Andrzeja Janisza stoi do dziś na półce w gabinecie Kmity, widać go w trakcie wywiadu, półka nad tą z żółto-niebieską piłką do siatkówki – przyp. red). Drugą w hierarchii, z ponad 20 wielkich imprez, jakie obsługiwaliśmy, były mistrzostwa świata w siatkówce w 2014 roku, rozgrywane w Polsce. To było przedsięwzięcie przygotowane przez nas od A do Z. Gigantyczna produkcja, ponad 200 krajów odbierało sygnał, zrealizowaliśmy ponad 100 meczów. Do dziś FIVB chwali się zdjęciami z tego turnieju, zwłaszcza z meczu otwarcia na Stadionie Narodowym w Warszawie.

 

Skoro jesteśmy przy tych mistrzostwach, to warto wspomnieć, że Polsat Sport był nie tylko nadawcą, ale też jednym z głównych uczestników tej konstrukcji medialno-biznesowej jako organizator.

 

W siatkówce udało nam się zrobić dużo więcej niż w normalnej telewizji w relacjach z agentami, właścicielami kontentu, czy federacjami. To wynikało z mojego wcześniejszego zainteresowania tą dyscypliną. W TVP ja byłem takim szefem, który nie był wyłącznie piłkarski. Stawiałem też na inne dyscypliny – koszykówkę, siatkówkę. Do dziś pamiętam swoje spotkanie z jesieni 1996 roku, w barze Baltazar naprzeciwko Polskiego Radia, z Hubertem Jerzym Wagnerem. Hubert mnie tam zaprosił, bo wiedział o tych moich niepiłkarskich zainteresowaniach. I mówi tak – panie Marianie – musimy dźwignąć siatkówkę. I zaczęliśmy dźwigać. Na początku przy Woronicza. W 1998 roku pojawiła się w Polsce Liga Światowa. Od tej pory mieliśmy relacje także towarzyskie, mieliśmy możliwości kreacji tego wszystkiego, co działo się w siatkówce. Kiedy przeniosłem się do Polsatu, te aktywa przyniosłem ze sobą. I pięknie się to rozwinęło. Byliśmy prawie współorganizatorem tych mistrzostw świata w 2014 roku. W zasadzie każdego roku dokładaliśmy coś do tych pomysłów. Siatkówka, jej rozwój, to przykład na to, że jeśli kilka, czy kilkanaście osób, konsekwentnie ze sobą pracuje, to potem możemy się tym pochwalić nie tylko w Polsce, ale i za granicą. To jest bardzo przyjemne, gdy jedziemy do Lozanny z moim zastępcą, Piotrem Pykelem, który bardzo dużo wniósł nie tylko w rozwój siatkówki, ale generalnie w zakupy praw sportowych dla Polsatu, i przedstawiciele federacji europejskiej, czy światowej są dumni, zadowoleni, że Polsat i siatkówka w Polsce to taki duet od lat.


Siatkówka to też dowód na to, że sport w Polsce może być pozbawiony piętna chuligańskiego, mówiąc bardzo delikatnie, przestępczego, że tu nie ma afer. Że można iść z całą rodziną na mecz, bawić się dobrze, nie bać się i wrócić do domu.

 

Oprócz takich czysto biznesowych relacji, bo cały czas trzeba pamiętać, że jesteśmy stacją komercyjną i naszym najważniejszym zadaniem jest zarabianie pieniędzy dla właściciela, sądzę, że przez te 20 lat udało się też realizować misję. Tak się dzieje, gdy człowiek w to co robi wkłada serce i pasję. My siatkówkę po prostu kochamy.

 

ZOBACZ TAKŻE: Polsat Sport kończy 20 lat

 

Polsat Sport jest stacją interdyscyplinarną, ale gdyby miał Pan wynieść na sztandar poszczególne dyscypliny to byłaby to siatkówka, piłka nożna, sporty walki?

 

To jest oczywiście truizm, więc tylko go powtórzę – piłka wymyka się ze wszystkich klasyfikacji. Piłka na świecie jest kategorią religii, a nie sportu. Natomiast kiedy zastanawialiśmy się na co postawić, siatkówka była nam bardzo bliska i ona była fundamentem naszego portfolio, charakterystycznego dla Polsatu. Potem doszły sporty walki. Był to kiedyś boks, następnie pojawiło się MMA. Ale byliśmy też na kortach Wimbledonu od 2000 roku i nigdy z nich nie zeszliśmy, dopóki nas pandemia nie przegoniła. Tenis był dla nas i objętościowo i wartościowo, bardzo ważny. Od czasu do czasu porywaliśmy się na inne, czasami wydawało się egzotyczne dyscypliny, jak chociażby łyżwiarstwo szybkie i trafialiśmy w dobry okres. Mieliśmy przecież Puchar Świata ze Zbigniewem Bródką i jego kolegami i koleżankami.


Kiedy kupiliśmy prawa do kolarskich mistrzostw świata, Michał Kwiatkowski zdobył złoty medal. Piłka ręczna – kupiliśmy za naprawdę symboliczne pieniądze – oczywiście we współczesnych kategoriach cen, jakie obecnie obowiązują - prawa do mistrzostw świata w 2007 roku no i drużyna Bogdana Wenty zdobyła wicemistrzostwo. Takich strzałów – wynikających trochę z intuicji, ale też w dużej mierze z wiedzy było sporo. I tak dziś układa się ta hierarchia – piłka nożna, siatkówka, sporty walki, tenis, a reszta jest w takiej zmiennej cyrkulacji. Mamy dość dobry ogląd tego, co dzieje się na rynku. Zawsze potrafimy szybko podjąć decyzję, by dodać tę słynną wisienkę na torcie. Nie truskawkę.

 

Te 20 lat to też ogromne zmiany w aspekcie technologicznym. Polsat był na nie gotowy, podążał za nimi?

 

Nadążaliśmy i nadążamy. Dowodem na tę tezę jest kompleks telewizyjnych studiów przy ul. Łubinowej w Warszawie. Wszystko co dzieje się choćby w studio Ligi Mistrzów, to gigantyczna, technologiczna ofensywa. Chociażby jeśli chodzi o wirtualną rzeczywistość, która jest co najmniej na poziomie europejskim, jeśli nie światowym. Zresztą za to studio, za oprawę Ligi Mistrzów zostaliśmy mocno pochwaleni przez UEFA. W zeszłym roku podczas warsztatów dla nadawców, otrzymaliśmy od federacji nagrodę za jakość studia, jakie wyprodukowaliśmy przy okazji Ligi Mistrzów.

 

Tak było zresztą od początku. Albo jesteśmy lekko z przodu przed konkurencją, albo co najmniej jej dorównujemy. Sądzę też, że to nasze technologiczne zaawansowanie potrafiliśmy dobrze wykorzystać w 2014 podczas mistrzostw świata siatkarzy. Ba wiele telewizyjnych rozwiązań jeśli chodzi o tę dyscyplinę – to są pomysły naszych realizatorów - Tomka Machnowskiego, Marcina Hoffmana i ich kolegów , które potem przejmują inni. Nasi realizatorzy mają tę zaletę, że się interesują sportem. Nie tylko próbują spojrzeć na swoją pracę ze strony widza, który jest przed telewizorem, ale też od strony tego, który jest na boisku. Ważną sprawą jest też fakt, że w grupie Polsatu jest telekom czyli Plus. Mamy więc możliwość korzystania z ich technologii – jesteśmy wręcz skazani na pracę na łączach internetowych, światłowodach. To wszystko powoduje, że jak to w prywatnej firmie – robimy coraz więcej, coraz taniej, coraz lepiej.

 

Próbował Pan kiedyś zrobić research szefów kanałów i działów sportowych? Chyba nie ma nikogo, kto byłby na stanowisku przez 20 lat i miał plany na kolejne 20?

 

To też jest charakterystyczne dla Polsatu, że to jest fajna praca. Stosunki między właścicielem, a zarządzającymi poszczególnymi komórkami firmy, są naprawdę unikalne. Pracowałem w kilku miejscach wcześniej i nigdzie nie było tak łatwego dostępu do właściciela, czy prezesa zarządu, jak to ma miejsce w Polsacie. Jest naprawdę rodzinnie. Czasami można też oczywiście dostać burę i to ponadprzeciętną – ale dużo częściej człowiek jest doceniony. To jest najważniejsze, że relacje międzyludzkie w Polsacie buduje się w sposób naturalny. Co najważniejsze – wszyscy, którzy mają coś do powiedzenie w sprawie poprawienia projektu, uczynienia go lepszym, zrobienia czegoś szybciej, taniej, skuteczniej, są wysłuchiwani. To na pewno cementuje zespół. Więc jak ktoś dobrze pracuje, to się go nie zmienia. To chyba jest cała tajemnica.


Przenosi Pan te zależności stopień niżej – w relacji Pan – zespół?

 

To wyszło samo z siebie. Kiedy tu lądowałem w 1999 roku namówiłem do pracy w Polsacie kilka osób, które były ze mną wcześniej czy we Wrocławiu, czy na Woronicza, jak Paweł Wójcik czy Rafał Szafran, z którymi miałem przyjemność pracować dawno temu w Radio ESKA. Kogoś tu zastałem – Krzysia Wanio, Karolinę Szostak. Wszyscy, którzy potem dochodzili do tego zespołu, zostawiał swój odcisk. To dzieło nie jest skończone. Te relacje międzyludzkie były zawsze bardzo ważne, rodzinne. Sądzę, że to zawsze było źródło naszego sukcesu, że nie trzeba było używać ani dużych słów, ani gróźb, ani klęczeć przed kimś, jeśli trzeba było popracować trochę dłużej. Każdy rozumiał. A najważniejsze jest to, że zespół łączy pasja do sportu. Wszystkim się chce. Cieszą się, gdy przychodzą do pracy, są przy rzeczach ważnych i wielkich. Oni tych wielkich imprez, wydarzeń, o których marzą dziennikarze w całej Polsce, doświadczają na co dzień. Czego chcieć więcej?

 

Jak Pan ocenia pozycję Polsatu Sport, ale nie biorąc pod uwagę kryterium stacji sportowych, ale generalnie telewizji. Jakby Pan zdefiniował w ogóle Polsat Sport?

 

Ten brand już dawno wykroczył poza kategorię kanałów sportowych, czy telewizyjnych. To jest marka, która ma poważanie w instytucjach międzynarodowych. Jest rozpoznawalna dla UEFA, FIFA, FIVB, CEV. Dla różnych federacji – w egzotycznych i nie egzotycznych dyscyplinach sportu. Jesteśmy dopraszani do konsultacji poważnych projektów jako instytucja mająca doświadczenie w różnych dziedzinach, także organizacyjnych. I jeśli ktoś będzie chciał z tego naszego, 20-letniego doświadczenia skorzystać, bardzo chętnie tą wiedzą się podzielimy.

 

Przemysław Iwańczyk, B, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze