Kmita: Szybko, dobrze i… tanio

Inne
Kmita: Szybko, dobrze i… tanio
fot. PAP
Marian Kmita

Dwadzieścia sześć lat mojej pracy w telewizji, z tego dwadzieścia jeden w Polsacie to szmat czasu i kawał życia. Dobrego życia przy wielkim sporcie. Tysiące transmisji, tysiące meczów, setki gal bokserskich, dziesiątki mistrzostw świata i Europy w wielu dyscyplinach sportu i dużo, bardzo dużo świetnego, ukochanego futbolu. Od 20 lat w Polsacie Sport.

A wszystko zaczęło się od jednego telefonu. Wiosną 1999 roku zadzwonił do mnie świętej pamięci Piotr Nurowski, ówczesny członek Rady Nadzorczej Polsatu i rzekł krótko: „Panie Marianie, kupiliśmy piłkarską Ligę Mistrzów od sezonu 2000-01. Chcielibyśmy, aby pan z nami pracował, no i zarabiał w końcu jakieś uczciwe pieniądze…” Tak, ach te pieniądze. Nigdy nie były w moim życiu najważniejsze, ale oferta Piotra była kusząca z innego powodu. Od 1996 roku byłem szefem sportu w TVP1, ale za mocno lewicowych rządów prezesa Roberta Kwiatkowskiego, z moim centroprawicowym światopoglądem, było mi przy Woronicza coraz ciaśniej. Tym chętniej umówiłem się z Piotrem Nurowskim na spotkanie i już w lipcu zameldowałem się przy Al. Stanów Zjednoczonych w starej, skromnej siedzibie Polsatu. Za rok startuje w Polsacie LM, redakcja sportowa nieliczna i zupełnie niedoświadczona, a zadanie gigantyczne. Na szczęście Prezes Zygmunt Solorz i Piotr Nurowski całkowicie mi zaufali i mogłem zacząć budować zespół do wielkich zadań piłkarskich wedle własnego uznania. Wkrótce zakupiono pierwszy profesjonalny, wielokamerowy wóz transmisyjny i pojechaliśmy na pierwsze „ostre strzelanie” do Nowego Dworu na mecz 1. ligi pomiędzy miejscowym Świtem a Śląskiem Wrocław. Mecz komentowali, co dzisiaj może dziwić kibiców siatkówki, Tomek Swędrowski i Lesław Ćmikiewicz. Udało się.

 

Zaraz potem zakupiliśmy, przez ówczesną firmę Zbigniewa Bońka Go&Goal, prawa do dwóch meczów Brazylia – Argentyna. Ponieważ sygnał satelitarny szedł do Polski przez włoskiego pośrednika Zbyszek chciał dopilnować wszystkiego, dlatego przyjechał do stacji tuż przed transmisją. Pojawiły się kłopoty techniczne, więc wkroczył do akcji. Kiedy się przedstawił, Włosi nie chcieli uwierzyć, iż po drugiej stronie kabla jest słynny Zibi i długo trzeba było ich przekonywać, że to nie żart. Tak czy siak, transmisja doszła do skutku i Andrzej Janisz, który komentował oba spotkania, mógł odetchnąć głęboko, bo jak z każdym debiutem nerwów trochę było. Wkrótce mieliśmy okazję transmitować pierwszy duży turniej piłkarski. Były to MŚ U-17 rozgrywane w Nowej Zelandii z udziałem polskiej reprezentacji. To był prawdziwy chrzest bojowy, ponieważ wszystkie mecze z antypodów nadawano naszą polską, głęboką nocą. Tak głęboką, że niektórym naszym ekspertom w studio ciężko było wytrzymać w pełnej trzeźwości umysłu i niektórym przydarzyło się przysnąć na wizji. Ot życie.

 

I tak mijały miesiące, które zbliżały nas do wymarzonej Ligi Mistrzów. W międzyczasie udało mi się wzmocnić zespół o dwójkę świetnych producentów Agnieszkę Padło i Kubę Radeckiego, kochających piłkę dziennikarzy Pawła Wójcika i Andrzeja Taraskę oraz dwóch kapitalnych komentatorów Mateusza Borka i Romana Kołtonia. Powoli szykowaliśmy się do startu kanału Polsat Sport. Było upalne lato 2000 roku, a my w lasach pod Wiązowną, w obiektach przedwojennej „Dwójki”, zainstalowaliśmy stanowiska do komentowania meczów piłkarskiej Bundesligi. Co zupełnie nietypowe i dzisiaj uznane byłoby za działanie wbrew telewizyjnej sztuce – przyjmowaliśmy sygnał z Niemiec w wozie transmisyjnym, dodawaliśmy komentarz na improwizowanych stanowiskach komentatorskich w piwnicach pamiętających najbardziej spektakularne akcje przedwojennego wywiadu i wysyłaliśmy do centrów nadawczych Cyfrowego Polsatu. Tak 11 sierpnia 2000 roku zadebiutował Polsat Sport – uruchomiony bardziej sposobem i innowacyjnym pomysłem niż jakimś gigantycznym kapitałem. I ta zasada niespodziewanie została naszym zawodowym motto w Polsacie na lata. Szybko, dobrze i… tanio.

 

We wrześniu ruszyła Liga Mistrzów z legendarnym, galaktycznym Realem Madryt – święto i zawodowa radość! Święto – a my w Warszawie przy Alei Stanów Zjednoczonych liczymy wszystkie rekordery systemu Beta i modlimy się, żeby nam ich wystarczyło do rejestracji wszystkich sygnałów. No bo jak tu nie pokazać wszystkich bramek i skrótów meczowych! Z miejscem do nagrania też jest kiepsko. W końcu wyciągamy z magazynu kilka rezerwowych Bet i ustawiamy je w holu ówczesnej siedziby Polsatu. Kable ciągną się po ziemi i plączą pod nogami. Każdy jest potrzebny i dostaje zadanie pilnowania nagrania konkretnego meczu. Naprawdę każdy. Nawet mnie przypadło w udziale kilka razy dyżurować przy nagrywającej Becie. Około godziny pierwszej w nocy kończy się pierwszy w Polsacie Sport Champions League Match Day. Oddech, ulga, radość.

 

Wszystko, co działo się później, to wciąż była gra na krawędzi. Nasze małe wirtualne studio LM nie mieściło zbyt wielu gości. Prowadzący wychodzili z siebie, aby merytorycznie było fachowo, ciekawie i zajmująco. Któregoś dnia wydawałem osobiście to studio (tak, tak, takie były wtedy czasy), wchodzimy na antenę, a Mateusz Borek zakłada okulary w drucianej oprawie ze szkłami 0 dioptrii i z uśmiechem otwiera studio. Konsternacja. Pytam Mateusza przez interkom: – Mati, po co te bryle?! A on spokojnie odpowiada: – Prowadzący w poważnej stacji musi poważnie wyglądać. Akurat wtedy Mateusz wyglądał śmiesznie i groteskowo, ale to doskonale charakteryzuje jego bardzo dynamiczny charakter i wolę poszukiwania wciąż i wciąż czegoś nowego. Tacy wtedy byliśmy wszyscy – chcieliśmy to zrobić inaczej i lepiej niż wcześniej TVP.

 

Jednak prawdziwa matura dla Polsatu Sport przyszła dopiero w lecie 2002 roku. Na to, że dobrze zrelacjonujemy mundial w Korei i Japonii nie liczył prawie nikt… O tym jednak za tydzień.

 

TEKST POCHODZI Z TYGODNIKA PIŁKA NOŻNA I POWSTAŁ WE WSPÓŁPRACY Z TĄ REDAKCJĄ

Marian Kmita, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze