Jerzy Szczakiel. Żywot człowieka poczciwego

Żużel
Jerzy Szczakiel. Żywot człowieka poczciwego
fot. PAP
Jerzy Szczakiel. Żywot człowieka poczciwego

Jurek był rannym ptaszkiem. Piąta rano, a on już był na nogach. Rodzina była dla niego absolutnym fundamentem. „Poczekaj, Tomku, zaraz pogadamy o motorach, tylko zaniosę siostrze trochę węgla w wiadrze i napalę jej w chałupie, bo marznie bidula” – zwykł mawiać rozczulająco szczery Jurek. Gdyby nie owa siostra – Renata, być może świat nigdy nie usłyszałby o Szczakielu żużlowcu…

Renata była zapaloną cyklistką. Wygrywała amatorskie wyścigi kolarskie na Opolszczyźnie. Pewnego razu w nagrodę za zwycięstwo otrzymała motocykl marki WFM. Prawdziwa nówka sztuka nęciła. „Moja siostra była utalentowana sportowo, ale nie chciała jeździć na motorach. Oddała mi motocykl, ale brat też miał na niego chrapkę. Kiedy brata nie było w domu, czmychnąłem w pobliże motoru i do upadłego śmigałem po wertepach w Grudzicach – naszej wioseczce pod Opolem. Przyuważyła mnie mama i zaczęła zachęcać do sportów motorowych. Chciała, żebym zapisał się do szkółki w Kolejarzu Opole. A tata, o dziwo, wolał, żebym uprawiał kolarstwo, bo to bardziej bezpieczny sport. Tata nie był fanem żużla, za to namiętnie oglądał Wyścig Pokoju i marzył, żebym kiedyś wygrywał etapy w tym popularnym w czasach PRL-u wyścigu. Ja za to pokochałem żużel… Często przekomarzałem się z tatą. Mówiłem: ojcze, zobacz, w naszej rodzinie już jest kolarz. Mój brat ścigał się ze Stanisławem Królakiem, pierwszym polskim zwycięzcą Wyścigu Pokoju (rok 1956). Pewnie brat byłby jeszcze lepszy niż Królak, gdyby nie poważny wypadek i uraz głowy. Pozwól mi zostać żużlowcem. Ja lubiłem pohałasować…” – opowiadał z błyskiem w oku Jurek Szczakiel.


Grudzice, urocza wioska leżąca circa 100 kilometrów od Wrocławia. Tu Jurek odpoczywał od zgiełku i nabierał energii po zawodach. Znalazł ustronne miejsce, którego za żadne skarby świata by nie oddał. Jurek – zodiakalny Wodnik, więc nie znosił nadmiernego szumu wokół własnej osoby, ale zarazem protestował wtedy, gdy nie okazywano mu należnego szacunku…

 

Pokonał legendy z Nowej Zelandii

 

Jak na ironię mama Jurka – wielka entuzjastka speedwaya, nie doczekała chwili, w której syn sięgnął po złoty medal indywidualnych mistrzostw świata. Zmarła dwa miesiące przed historycznym triumfem Szczakiela na Stadionie Śląskim w Chorzowie. Obejrzała z kolei z trybun rybnickiego stadionu nieoczekiwaną wiktorię polskiej pary: Jerzy Szczakiel – Andrzej Wyglenda w mistrzostwach świata. Wielki dzień polskiego speedwaya: 11 lipca 1971 roku. To był szok: polski duet nie uronił choćby punktu przez całe zawody pokonując 5-1 wszystkie duety, w tym fenomenalnych Nowozelandczyków: Ivana Geralda Maugera i Barry’ego Briggsa! Finał światowy w 1973 roku mama obejrzała z perspektywy niebiańskiej sofy... „Byłem w ogromnym szoku po śmierci mamy, ale w dniu finału w Chorzowie – 2 września 1973 roku – byłem o dziwo, bardzo wyciszony. Podejrzewam, że to dzięki mamie… Kiedy zaproszono mnie na galę mistrzów świata do Madrytu, nawet nie mogłem potańczyć, bo zgodnie z polską tradycją, przez cały rok po śmierci rodzica panowała żałoba. W Madrycie spotkałem gwiazdy Formuły 1: Nikiego Laudę i sir Jackiego Stewarta. Żałowałem, że tak słabo gadam po niemiecku. Moja córka pięknie włada niemieckim, ona byłaby wzruszona rozmawiając z Laudą. Zapamiętałem go jako bardzo wesołego człowieka. Myślę sobie: taki szczupły ten Lauda, a taki z niego psotnik… Nie przeżyłem szoku w Hiszpanii, bo w ojczyźnie zderzyłem się z podobnymi realiami do kraju rządzonego przez generała Francisco Franco. Madryt zauroczył mnie wtedy czystością na ulicach. Ludzie byli dla mnie bardzo uprzejmi. Wchodząc do autobusu poznali, że jestem z zagranicy, bo nie gadam w ich języku, więc puszczali mnie przodem. Pomyślałem: bardzo grzeczni są ci Hiszpanie… Gdybym mógł wtedy zabrać mamę ze sobą na galę FIM/FIA do Madrytu. Pewnie popłakałaby się ze szczęścia…” – wspominał Jurek.


Podróż Szczakiela do Madrytu odbywała się w czasach nagminnego braku szacunku dla człowieka. Jurek musiał być sprytny nie tylko na torze wyprzedzając przeciwników, ale podczas „żarliwych” rozmów przeprowadzanych przez człowieka, który go inwigilował z ramienia partii komunistycznej. „Wiedziałem, że po powrocie z Hiszpanii będzie czekał na mnie człowiek z PZMotu, który traktował mój wypad do Madrytu jak wyprawę szpiegowską. Pan Zbigniew Puzio z PZMotu czekał na mnie na Okęciu. Zaczął mnie z mety wypytywać o podarunki, które przywiozłem z Hiszpanii. A ja ściemniłem mu, że bagaż zaginął i medal straciłem bezpowrotnie! Musiałem skłamać. Medal i trochę hiszpańskich peset schowałem do kieszeni w spodniach! Nie pisnąłem ani słówka, że dostałem jakieś pieniądze od Hiszpanów za złoto w mistrzostwach świata na żużlu. Pan Puzio bardzo się zdenerwował i krzyknął na mnie: „ty głupcze, jak mogłeś spakować medal do walizki? Przecież bagaże giną!” – grzmiał pan Puzio. Trzy czy cztery dni później poinformowano mnie telefonicznie, że bagaż się odnalazł. Naturalnie, nie zadzwoniłem do PZMotu, tylko wsiadłem do pociągu w Opolu, przyjechałem do Warszawy, myk myk na Okęcie i z powrotem pociągiem do Opola! Zataszczyłem walizkę do domu, a za pieniądze uzyskane za medal kupiłem elegancki płaszcz, taki z kożuszkiem dla siostry Renaty. Kosztował fortunę, 10 000 złotych na tamte pieniądze, a i tak musiałem załatwić go spod lady od kumpla, który prowadził w Opolu sklep z tekstyliami, bo oficjalnie taki płaszczyk był nie do zdobycia. Siostra była przeszczęśliwa…” – pamiętam do dziś śmiech Jurka, gdy opowiadał tą zabawną historię z mrocznych czasów polskich dziejów…


Resztę pieniędzy Jurek zainwestował w zakup mebli i okien. Sprawił sobie również porządny kaloryfer, co by w zimowe wieczory chłód nie zaglądał do jego domostwa… Całkowita wysokość honorarium za złoto wyniosła 36 300 złotych. W sam raz, aby ogacić okna na zimę…

 

Surowa lekcja na Ullevi

Jak większość mistrzów, zanim zakosztował złota, musiał przeniknąć przez bramy piekielne. Szczakiel po raz pierwszy awansował do finału światowego w 1971 roku. 10 września, Goeteborg, Ullevi, baśniowa korona stadionu w kształcie morskiej fali… „Sądziłem, że nie taki diabeł straszny jak go malują. Skoro Antek Woryna zdobył brąz na Ullevi w 1966 roku (pierwszy medal dla Polski w finałach IMŚ), Edek Jancarz był trzeci w Goeteborgu w 1968 roku po barażu z Giennadijem Kurylenko, to czego mam się obawiać? Dostałem surową lekcję żużla. Olsen, Mauger, Jansson i Michanek byli tak szybcy, że gdy ja wchodziłem w pierwszy wiraż, oni już byli na prostej przeciwległej. Dopiero później odkryłem, że używali nowoczesnych gaźników, o których ja mogłem co najwyżej pomarzyć… Dellorto były dla mnie nieosiągalne. Tłumiki też mieli z innej planety: czechosłowackie Lukasy albo niemieckie Bosche. Zająłem ostatnie miejsce i nie zdobyłem ani jednego punktu na Ullevi. W drugim starcie jechałem z drugiego pola, a Mauger z trzeciego. Puściłem sprzęgło, nie zaspałem, ale straciłem kontrolę nad motocyklem na mokrym torze i uderzyłem przednim kołem w motor Nowozelandczyka. On był silnym mężczyzną, pojechał dalej, a ja upadłem. Katastrofa…” – stwierdził ze łzami w oczach Jurek. Dwa lata później, kiedy Szczakiel i Mauger zgromadzili po 13 punktów w sesji zasadniczej finału IMŚ w Chorzowie, to Nowozelandczyk upadł walcząc z Polakiem w wyścigu dodatkowym i zaprzepaścił szansę na triumf. Stadion Śląski eksplodował z radości! Ot, nieodgadnione są żużlowe ścieżki…


Do Goeteborga Jurek podróżował fiatem 125 p. Miał obiecanego mechanika, ale polskie władze uznały, że to rozpusta i szkoda zachodu… Przepych nie był wskazany… „Pojawił się pomysł, aby pojechał ze mną mój kolega z Kolejarza Opole – Stasiu Skowron. Był sprawnym kierowcą i niezłym żużlowcem. Zamiast fachowca, wsadzili mi do auta jakiegoś oficjela. Przyczepka z dwoma czechosłowackimi motocyklami marki ESO, prom ze Świnoujścia do Ystad, nocleg w kajucie i wyprawa po doświadczenie. Cenne, bo ta porażka na Ullevi uświadomiła mi jak wiele brakuje mi do mistrzowskiej klasy. W Chorzowie byłem już mądrzejszy. Poza tym, nikt w przededniu finału na Stadionie Śląskim na mnie nie stawiał. Faworytem do złota był Zenek Plech…” – Jurek nie ukrywał, że lepiej przystępowało mu się do finału IMŚ’1973 z pozycji solidnego rzemieślnika, a nie żużlowego artysty jakim był Plech.

 

Wrocławskie przeszpiegi

 

Zanim łzy wzruszenia napełniły oczy Szczakiela w Chorzowie, Jurek gromadził bezcenną wiedzę. W 1970 roku był drugim rezerwowym podczas finału światowego na Stadionie Olimpijskim. Wrocław był pierwszym polskim miastem – gospodarzem najbardziej prestiżowych zawodów żużlowych na świecie. „Podglądałem Maugera na treningu. Burmistrz Wrocławia zaprosił wszystkich finalistów na kolację w ratuszu w przeddzień finału, ale szczwany lis Ivan grzecznie odmówił. Bał się zatrucia pokarmowego, a walczył o trzecie złoto IMŚ. Wygrał w cuglach. Zamiast iść na kolację, ślęczał przy motocyklach. Widziałem jak postanowili z angielskim mechanikiem, że wybiorą silnik z niższym poziomem kompresji. Szlifowali cylinder itd… To były bezcenne obserwacje, ważniejsze od schabowego z ziemniakami i ogórkiem oraz przemówieniem władz…” – podkreślał Jurek.


Szczakiel dojrzewał, ale gdy przyszło mu prowadzić skrzętnie notatki w zeszycie i zapisywać jakich dysz i zębatek używał podczas zawodów, bazgrolił jak kura pazurem! „W 1971 roku Jurek Gryt pokonał mnie w finale indywidualnych mistrzostw Polski w Rybniku, ale cieszyłem się ze srebrnego medalu. Chciałem notować w moim kajecie, ale ja miałem taki charakter pisma jak lekarze! Bazgrałem, że aż wstyd. Może powinienem zostać doktorem? Dziwiłem się, że nie mogłem odczytać swoich bazgrołów! Moja ówczesna narzeczona, a później małżonka – przepiękna kobieta Stefania bardzo mi pomogła. Ależ ona pięknie pisała… Jak królowa angielska… Mam mądrą żonę, specjalistkę od spraw ekonomicznych” – Jurek miał w zwyczaju zachwalać swoją połowicę…


Wembley, rok 1971, finał europejski, eliminacje do mistrzostw świata. Zawody wygrywa pełen determinacji Nowozelandczyk Ivan Mauger. 14 punktów dla Kiwi, niemalże bezbłędny występ. Drugi melduje się Anglik Ray Wilson, trzeci jest Duńczyk Ole Olsen. Szczakiel jest najlepszym zawodnikiem spośród żużlowców z komunistycznego bloku. Jurek zdobywa aż 7 punktów i plasuje się na wysokim siódmym miejscu. „W 1970 roku Polska zajęła trzecie miejsce w finale Drużynowych Mistrzostw Świata na Wembley. Byłem wówczas rezerwowym. Trzon kadry stanowili: Mucha, Woryna, Migoś, Gluecklich i Waloszek. Ivan Mauger zgromadził 9 punktów w barwach Wielkiej Brytanii. Nie mówiłem zbyt dobrze po angielsku, ale w pewnym momencie w trakcie zawodów Ivan podszedł do mnie i powiedział: jeżeli menedżer reprezentacji desygnuje mnie do biegu, to powinienem uważnie obserwować tor, bo jest inny niż podczas treningu. Lubiłem uczyć się od mistrzów, więc chłonąłem wiedzę od Maugera. Wskazówki Ivana okazały się cenne i skorzystałem z nich rok później podczas finału europejskiego na Wembley. Podczas drużynówki żaden zawodnik nie mógł zapoznać się z torem. Nikt nie mógł postawić stopy na szlace. Podczas prezentacji na Wembley wyglądaliśmy jak wojskowi przy Grobie Nieznanego Żołnierza. Zastygaliśmy bez ruchu… Po paradzie zawodników podszedłem do Maugera i zapytałem go jaką zębatkę zakłada na tylne koło. Wyglądał jakby był głuchy. Udał, że nie słyszy pytania. Szarpnąłem go za ramię, prawie rozerwałem kombinezon i powtórzyłem pytanie. Wziął do ręki patyk i narysował na nawierzchni toru numer zębatki. Spojrzałem zdumiony, bo podczas treningu używałem zgoła innej zębatki niż Ivan. Założyłem to, co zasugerował Ivan i byłem piekielnie szybki ze startu. To był wspaniały gest Nowozelandczyka. On znał żużel na wylot i czuł ducha wyścigów. Dobry chłopak. Szwed Ove Fundin też był dżentelmenem, a zarazem spryciarzem. Mistrzowie zawsze mnie fascynowali” – Jurek nie krył zachwytu nad sześciokrotnym (Mauger) i pięciokrotnym (Fundin) czempionem globu.

 

Prace rolne

 

Mama Szczakiela rozumiała, że chłopak powinien mieć pasję, więc zachęcała go do jazdy ślizgiem kontrolowanym, ale troszczyła się również o edukację syna. „Moja mama była bardzo mądrą i zaradną kobietą. Namawiała mnie, żebym zdobył konkretny fach, więc uczęszczałem do szkoły technicznej. Tłumaczyła mi, że zawód jest mi potrzebny, gdyby nie powiodło mi się w sporcie. Zarazem dodawała, że mam papiery na dobrego żużlowca, bo jestem ambitny i uparty. Oglądała z zadowoleniem wyścigi z moim udziałem. Wiem, że bała się trochę o moje zdrowie, gdyż praktycznie ścigaliśmy się bez ochraniaczy, bo pod skórzanym kombinezonem niewiele by się zmieściło. Kolega w małym osiedlowym sklepiku zaoferował mi specjalne rękawice, które były wykonane z bardzo lekkiego materiału. Zawsze chciałem mieć inne rękawice niż koledzy z toru. Nawet nie czułem, że puszczam sprzęgło, takie były lekkie” – wyjaśniał Jurek.


Szczakiel brzdąc uwielbiał pomagać rodzicom w pracach polowych. „Rodzice bardzo ciężko pracowali, byli farmerami. Mieliśmy krowy i inne zwierzęta. Lubiłem pomagać mamie i tacie. W domu zawsze było gwarno. Sześć sióstr i jeden brat. Nikt się nie ociągał, pracowaliśmy w pocie czoła w polu. Byłem nauczony, że na chleb trzeba zapracować” – mówił pracowity niczym mróweczka Jurek.


Tego magicznego dnia, 2 września 1973 roku Jurek wstał o brzasku jakby miał pomóc tacie przy obrządku… „Nie pamiętam dokładnie, ale wstałem coś koło 5.30. Mój mechanik spał w Opolu, a ja stacjonowałem w hotelu w Katowicach. O 8 rano byłem w kościele na mszy świętej. Mały, drewniany kościółek, w parku niedaleko stadionu. Po mszy zjedliśmy śniadanie. Pamiętam, że bardzo chciałem ukończyć zawody na miejscu lepszym niż ostatnie. Modliłem się, żeby nie było dramatu jak na Ullevi. Bałem się najgorszego. Jak mam spojrzeć w oczy ojcu i bratu jeżeli znów ukończę finał światowy na ostatnim miejscu? Przecież nie mogę zawieść ich oczekiwań… Wiedziałem, że z Opola do Chorzowa przyjedzie wielu kibiców. W sobotę byłem bardzo szybki na treningu. Martwiłem się, żeby tor nie uległ zmianie na niedzielny finał, ale toromistrzem na Śląskim był mój dobry kolega z Rybnika, który zapewnił mnie, że nawierzchnia będzie taka sama jak na treningu. Odetchnąłem z ulgą” – Jurek z rozrzewnieniem i dbałością o detale wspominał dzień triumfu.


Stefan Lizoń, klubowy mechanik z Kolejarza Opole, był panem złota rączka… Pierwszy klucz był doprawdy na wagę złota. Lizoń z reguły wiedział jak dostroić motocykl Szczakiela. Jednak nic tak ozdrowieńczo nie wpływa na poszukiwanie mądrych rozwiązań jak… omijanie mądrych mózgów. „Stefan miał swoją teorię: silnik musi mieć wysoki stopień kompresji. A ja postanowiłem zabrać do Chorzowa ucznia Stefana: Witolda Banika. Witold miał jedną zaletę: był młody, więc nie wykłócał się ze mną o ustawienia sprzętu, tylko mnie słuchał. Wytłumaczyłem mu, że wysoki stopień kompresji sprawi, że tylne koło będzie za bardzo przekręcać. Początkowo mieliśmy poziom: 13:1, ale zmieniłem stopień sprężania na: 12,8:1. Poszliśmy na tor, w sobotę świeciło piękne słońce i wypróbowaliśmy silnik z niższą kompresją. Byłem szybki jak diabeł. Kręciłem lepsze czasy od Maugera” – mówił z dumą Jurek.

 

Mauger wybiera pierwszy

 

Nerwy… Wielu zawodników lubiło znikać w tunelu chorzowskiego stadionu, żeby zapalić papierosa. Na torze się z reguły kurzy, więc warto „zakurzyć”, aby ukoić skołatane nerwy. „Byłem bardzo spokojny podczas finału w Chorzowie. Tata wpoił mi w młodości, że butelka wódki nie służy zdrowiu, a papierosów lepiej unikać. Pamiętam, że po szesnastu wyścigach byłem samodzielnym liderem z 11 punktami. Mauger, Plech i Chłynowski mieli po 10 punktów. W ostatniej serii czekał mnie krwawy bój z Olsenem. Ole ruszał z trzeciego, a ja spod bandy. Dopiero później zorientowałem się, że Ivan pożyczył motocykl Olsenowi, bo wierzył, że to jedyny sposób, żeby zatrzymać tego żółtodzioba Szczakiela… Ole musiał mnie pokonać, żeby Mauger zrównał się ze mną punktami. Olsen wypchnął mnie ostro pod bandę. Po latach Olsen wyznał, że pierwotny plan był inny. Duńczyk chciał mnie jeszcze bardziej wywieźć w bandę, tak daleko, aby przy wewnętrznej zrobić przestrzeń dla Jancarza i Paznikowa. Wówczas Mauger byłby mistrzem świata bez konieczności rozgrywania dodatkowego wyścigu. Mój dobry kolega Nawrocki zauważył jak Mauger z Olsenem paktują przeciwko mnie, ale celowo mi o tym nie doniósł przed wyścigiem, bo bał się, że zgasnę psychicznie. Po zawodach podszedł do mnie i wyszeptał do ucha: Jurek, Mauger pożyczył motor Olsenowi” – głos Jurka cichnie…


Dobór pól startowych przed biegiem o złoty medal. Szczakiel pozwala Maugerowi wybierać jako pierwszemu. „Wiedziałem, że mogę wybierać jako pierwszy, ale wolałem dać fory Ivanowi. Był pewien swego. Byłem zrelaksowany, bo nie zawiodłem rodziny. W najgorszym wypadku będę drugi i zgarnę srebrny medal. Mauger ruszył z pierwszego pola, a ja z trzeciego. Nie dokonałem żadnych zmian przed dodatkowym biegiem. Krótka wymiana zdań z Witoldem Banikiem. Nie ruszamy żadnego elementu. Jak coś jedzie, to się tego nie tyka – tak głosi stare żużlowe porzekadło. Ivan użył nowej strony w oponie. Ja postanowiłem jechać na starej „gumie”. Ciśnienie w tylnej oponie Maugera ustawiono na poziomie 0,6. Ja ustawiłem ciśnienie na 0,5, bo byłem ciut lżejszy od Ivana” – Jurek tłumaczył techniczne niuanse.

 

Piwo w barze Karlik

 

Podjeżdżając pod taśmę, Szczakiel czuł bezmiar szczęścia. „Ponad 100 tysięcy kibiców na trybunach. Nie chciałem, żeby fani z Opola wracali smutni do domu. Wygrałem wojnę nerwów, a mój tata stawiał piwo każdemu, kto tego wieczora zawitał do małego baru o nazwie Karlik. Ludzie skandowali moje imię przy barze i otrzymywali kufel. Tata płacił i płakał ze szczęścia… Wszyscy w okolicy znali tatę, bo przed wybuchem II wojny światowej był znakomitym kowalem. Tata był zdolnym człowiekiem. Dzięki niemu nasza wieś Grudzice miała luksusowy wynalazek: wodociąg…” – Jurek został wychowany w duchu gigantycznego szacunku dla rodziców.


Zawsze marzył o tym, aby żyć w miarę dostatnio i nikogo nie prosić się o pieniądze, gdy nadejdzie starość. Jedyne co go irytowało, to brak zaproszeń na największe imprezy żużlowe, gdy został emerytem. Władze angielskiego żużla pamiętały o Peterze Collinsie, indywidualnym mistrzu świata na żużlu z 1976 roku i co rok zapraszały gwiazdę Belle Vue Aces na GP w Cardiff. To nic nie kosztuje. Mistrz świata powinien otrzymywać zaproszenie automatycznie: z należnego mu szacunku. Jeżeli nie mógł czy nie chciałby skorzystać – w porządku, ale brak zaproszeń potrafił wyprowadzić Jurka z równowagi. Po latach PZMot naprawił błędy jak biali Australijczycy względem Aborygenów. Władze PGE Ekstraligi począwszy od 2015 roku przyznają specjalne wyróżnienia: „Szczakiele roku” dla najbardziej charyzmatycznych zawodników, trenerów, działaczy…


40 lat po zdobyciu przez Szczakiela tytułu mistrza świata, władze miasta Opole nadały nazwę jednemu z rond: rondo imienia Jerzego Szczakiela. „Ilekroć przejeżdżam autem po rondzie swojego imienia, zwalniam… Może ludziom wydaję się małomówny i gruboskórny, ale w głębi duszy jestem sentymentalnym człowiekiem. Nawet mi to nie przeszkadza, że rzeźba motocykla na tym rondzie, która mnie przedstawia zawiera leżący silnik, którego nie było za moich czasów, gdy startowałem…” – żartował Jurek.


Czy czuł się spełnionym człowiekiem, który przeżył szczęśliwie swoje życie? „Często powtarzałem mojej ukochanej żonie Stefanii, że gdybym urodził się po raz drugi, chciałbym zostać politykiem. Mogą wygadywać głupstwa, nie muszą się spocić zanadto, aby wieść dostatnie życie. Życie jak w Madrycie… Bez ryzyka, tylko zabawa… Żużlowiec musi być zdeterminowany, ciężko pracować na wynik i mieć szczęście, bo w tym sporcie jest ważne to, aby unikać kontuzji… Miałem szczęście, bo gdybym nie wygrał w Chorzowie w 1973 roku, ludzie prędko by o mnie zapomnieli. Sprzyjał mi łut szczęścia, gdy były premier rządu, pan Jerzy Buzek zadbał o to, aby wybitni sportowcy mieli co do garnka włożyć, gdy przejdą na emeryturę. Nie jałmużnę, tylko godziwe środki na życie. A największym szczęściem była moja siostra Renata, bo bez niej, nigdy bym nie skierował kroków na żużlowy tor. Gdyby nie ona, pewnie nie ścigałbym się na żużlu” – kończy Jerzy.


Wielki sportowiec, wspaniały człowiek, który zapisał piękną kartę w dziejach speedwaya. Jak mawia Jason Crump: trzykrotny indywidualny mistrz świata: „tylko dwóch zawodników nie jeździło regularnie w lidze angielskiej, a mimo to zostali mistrzami świata: Szczakiel i Zmarzlik”.

 

Na stadionie w Opolu wciąż warczą motocykle. Drugoligowe, ale zawsze. Jurek żył dla speedwaya, ale potrafił stworzyć ciepłą przystań i zbudować domowe ognisko. Na tym polegała jego wielkość. Kochał speedway, lecz nie żył nim przez 24 godziny na dobę… Ivan Mauger mieszka na niebiańskiej kanapie od 16 kwietnia 2018 roku. Teraz będzie mu raźniej. Jego największy rywal ze Stadionu Śląskiego sprzed 47 lat dołączył do niego. Ciekawe na jakiej zębatce ci dwaj szaleni mężczyźni będą się ścigać pośród chmur?

Tomasz Lorek, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze