Sportowy rok 2020 w 10. punktach według Magiery: Nie zapomnimy go nigdy!

Siatkówka
Sportowy rok 2020 w 10. punktach według Magiery: Nie zapomnimy go nigdy!
Fot. Cyfrasport
Odejście Mariusza Wlazłego ze PGE Skry Bełchatów po 17 latach gry pełnej sukcesów było jednym z najważniejszych wydarzeń siatkarskiego roku

Miało być pięknie. Nie było. Mieliśmy się cieszyć z olimpijskiego złota. Nie cieszyliśmy się, bo igrzyska w Tokio zostały przełożone. Czy w ogóle się odbędą? Nie poznaliśmy mistrza Polski siatkarzy. Z okazji jubileuszów 20-lecia PlusLigi i 15-lecia LSK sezon miał być wyjątkowy i był. Paradoksalnie, mimo wielu trudności i ograniczeń, w siatkówce i dookoła niej działo się sporo. Oto dziesięć wydarzeń, które zapamiętam z 2020 roku.

1. Przedłużenie umowy z Heynenem.

To miał być rok męskiej reprezentacji, która z igrzysk olimpijskich w Tokio miała przywieźć do Polski medal, złoty medal - głośno mówili o tym nasi siatkarze, głośno mówił też trener Vital Heynen. Ostatecznie jednak igrzyska przełożono na następny rok, a reprezentacyjni siatkarze spotkali się jedynie na dwóch zgrupowaniach w Spale. Zagrali towarzyskie mecze z Niemcami oraz wewnętrzne sparingi między sobą. Ponadto rozegrali wewnętrzny turniej o tytuł... „króla piasku”. W cyklu plażowych turniejów najlepsi okazali się Bartosz Kurek, Fabian Drzyzga i Maciej Muzaj.


Brak normalnej, reprezentacyjnej rywalizacji nie był jedynym problemem narodowego teamu. Dotychczasowy kontrakt Heynena wygasał z końcem września 2020 roku. Przesunięcie terminu igrzysk na rok 2021 nie powodowało automatycznego przedłużenia umowy, więc konieczne stało się jej parafowanie na kolejny sezon i tutaj potrzebna była przede wszystkim dobra wola szkoleniowca, który postanowił ostatecznie poprowadzić polskich siatkarzy zarówno podczas igrzysk olimpijskich w Tokio, jak i w mistrzostwach Europy 2021, których Polska będzie współgospodarzem. Przedłużona umowa trenera wygaśnie z końcem października przyszłego roku.

2. Odejście Mariusza Wlazłego z PGE Skry Bełchatów

Zaraz po Wielkanocy w programie „7 Strefa” na antenie Polsatu Sport Mariusz Wlazły powiedział, że kończy swoją przygodę ze Skrą i odchodzi z Bełchatowa. Tak zakończyła się pewna epoka w naszej klubowej siatkówce. Mariusz należał bowiem do nielicznego grona zawodników, którzy w całej swojej karierze związani byli z jednym klubem. Nie było kibica, który słysząc nazwisko Wlazły nie pomyślałby o Bełchatowie. Nie było też kibica, który słysząc o Skrze Bełchatów nie pomyślałby o Wlazłym. Dlatego też informacja o jego odejściu z klubu - abstrahując od wszystkiego - była na swój sposób szokująca.


Mariusz Wlazły dzisiaj jest zawodnikiem Trefla Gdańsk. W Bełchatowie występował 17 sezonów, wywalczył 13 medali mistrzostw Polski w tym dziewięć tytułów mistrzowskich. Do tego siedem Pucharów Polski i cztery Superpuchary Polski, po trzy medale Ligi Mistrzów i Klubowych Mistrzostw Świata oraz niezliczoną liczbę nagród indywidualnych. Jeśli dodamy do tego sukcesy z reprezentacją osiągane jako gracza Skry z mistrzostwem świata 2014 i nagrodą MVP turnieju na czele, to będziemy mieli całkowity obraz gracza, który dla klubu z Bełchatowa był kimś więcej niż tylko zawodnikiem. Jest więcej niż pewne, że jego osiągnięć w Skrze i ze Skrą nie pobije już żaden inny siatkarz. To raczej niemożliwe.

3. Transferowy zawrót głowy

Mimo pandemii i faktu, że nikt nie miał zielonego pojęcia jak będzie wyglądała przyszłość oraz kiedy, i czy w ogóle, wystartują rozgrywki ligowe na rynku transferowym mieliśmy ruch nieporównywalny chyba z żadnym poprzednim sezonem.


Najgłośniej mówiło się o zakontraktowaniu przez PGE Skrę Bełchatów siatkarza reprezentacji USA - jednego z najlepszych przyjmujących świata - Taylora Sandera. To jeden z najgłośniejszych transferów w historii PlusLigi, o ile nie najgłośniejszy. Sander przyjechał do Polski po przerwie spowodowanej kontuzją barku, która skończyła się zabiegiem operacyjnym i dość długą rehabilitacją. Niestety, pierwszą część sezonu zamiast na boisku spędzał u lekarzy i fizjoterapeutów, bo ślady urazu dawały mocno znać o sobie. Ostatnie dwa tygodnie dają jednak nadzieję, że po Nowym Roku będziemy oglądali już takiego Sandera, jakiego oglądaliśmy choćby podczas mistrzostw świata we Włoszech.

4. Ostatni turniej przed lockdownem

Jedyną imprezą w 2020 roku, która była zaplanowana wcześniej i odbyła się zgodnie z planem był finałowy turniej o Puchar Polski siatkarek. Odbył się w Nysie - nie bez obaw zresztą - bo z różnych części Europy, głównie z południa, nadchodziły niepokojące informacje o coraz szybszym rozprzestrzenianiu się koronawirusa, który dotarł także do Polski.


Organizator zawodów, którym był PLS, wprowadził specjalne obostrzenia. Zawodniczki przeciwnych drużyn nie witały, ani nie żegnały się ze sobą, dzieci podające piłki robiły to w chirurgicznych rękawiczkach, piłki były dezynfekowane po każdym z setów. Dzisiaj takie zachowania to norma i nikogo już nie dziwią, ale na początku marca tego roku były czymś absolutnie niespotykanym, by nie powiedzieć wręcz... dziwnym.


Dodajmy jeszcze, że zdobywcą Pucharu Polski został zespół Grupa Azoty Chemik Police, który w finale pokonał Developres SkyRes Rzeszów. Zaplanowany tydzień później w Katowicach finał męskiego turnieju został odwołany. Decyzja zapadła dwa dni przed rozpoczęciem imprezy.

5. Rozgrywki letniej ligi, czyli turnieje z myślą o kibicach

Po raz pierwszy w historii naszej siatkówki zorganizowano rozgrywki letniej ligi. Przed startem cyklu wielu ludzi było sceptycznie nastawionych do tego pomysłu, dziś wydaje się, że to zdecydowana mniejszość. Dzięki turniejom PreZero Grand Prix PLS dostaliśmy w wakacje namiastkę normalności i nadzieję, że powrót do "zwykłego, sportowego" życia jest możliwy.


W pierwszej edycji rozgrywek najlepsze okazały się zespoły Pałacu Bydgoszcz w turnieju siatkarek i Jastrzębskiego Węgla w turnieju siatkarzy. Mimo trudnej sytuacji i wielu ograniczeń - dopisali kibice. Te trzy turnieje pokazały dobitnie jak ludzie tęsknią za siatkówką i w ogóle za możliwością oglądania sportu na żywo. Przekonujemy się zresztą o tym do dzisiaj.

 

ZOBACZ TAKŻE: Piłkarskie oczarowania i rozczarowania w Polsce 2020 według Cezarego Kowalskiego

 

6. Przerwana szansa na wielki sukces

Niestety w roku 2020 nie udało się dokończyć rozgrywek w europejskich pucharach czego bardzo mogą żałować polskie zespoły - u panów Jastrzębski Węgiel, u pań Grypa Azoty Chemik Police. Dlaczego?


Nie wiadomo czy Jastrzębski Węgiel wygrałby Ligę Mistrzów, więcej - nie wiadomo czy w ogóle dotarłby do finału tych rozgrywek - wiadomo za to, że był w znakomitej formie. Wcześniej bowiem dwukrotnie pokonał drużynę Zenitu Kazań, a jeśli pokonał ten zespół, i to dwukrotnie, to świadczy tylko i wyłącznie o tym, że mógł pokonać każdego.


Chemik z kolei był na znakomitej drodze do triumfu w Pucharze Konfederacji CEV, bo już na samym początku rywalizacji uporał się z najtrudniejszym rywalem w stawce - Galatasaray Stambuł. Przygoda policzanek w drodze po triumf w rozgrywkach została przerwana z powodu pandemii przed półfinałowymi starciami z Volero Zurich, dosłownie dwa kroki przed awansem do finału, gdzie najpewniej zameldowalby się niemiecki Schwerin, a to z kolei drużyna, którą Chemik regularnie ogrywa, czy to w meczach europejskich pucharów, czy też przy okazji spotkań towarzyskich.


W tym miejscu przypomnijmy, że wśród naszych żeńskich drużyn mamy tylko jednego zwycięzcę europejskiej rywalizacji, właśnie w Pucharze CEV - wycofaną niestety, dwa sezony temu z rozgrywek szczebla centralnego Muszyniankę Muszyna. 2 marca 2013 roku siatkarki klubu z Muszyny, występujące pod szyldem Banku BPS Muszynianki sięgnęły po Puchar Konfederacj, pokonując w finałowym dwumeczu tureckiego giganta - Fenerbahce Stambuł.

 

Sukces klubu z Muszyny nie był przypadkowy. Muszynianka regularnie reprezentowała nasz kraj w rozgrywkach europejskich, w tym także w Lidze Mistrzyń. Zresztą warto przypomnieć, że marsz po Puchar CEV rozpoczęła siedem lat temu właśnie od rywalizacji w Champions League. Takie były wówczas zasady rywalizacji, które klub z Muszyny znakomicie wykorzystał.


U panów natomiast triumfy na Starym Kontynencie święciły dwa polskie zespoły. W latach 70-tych po Puchar Europy sięgnął Płomień Milowice, natomiast osiem lat temu w Pucharze Challenge triumfował AZS Częstochowa, który w finale rozgrywek pokonał inny polski zespół - AZS Politechnikę Warszawa. 

7. Bomba Leona

Wilfredo Leon w jednym z meczów włoskiej ligi poczęstował rywali zagrywką o prędkości 138 km/h! Ciekawe, kiedy padnie bariera 140 km/h? Celowo nie pytam „czy padnie”, tylko „kiedy padnie” - bo nie mam wątpliwości, że wcześniej czy później tak się stanie. I że rekord ustanowi ponownie Wilfredo, który w rozmowie z Bożeną Pieczko w magazynie „7 Strefa” przyznał, że to jedno z jego... noworocznych postanowień. 140 km/h - coś niesamowitego!

8. Debiut najmłodszego w historii

Wydarzeniem eliminacyjnych starć Jastrzębskiego Węgla w Lidze Mistrzów był występ na boisku Maksymiliana Graniecznego, który 27 lipca tego roku skończył... 15 lat. Wychowanek Akademii Talentów Jastrzębskiego Węgla pojawił się na boisku w miejsce Jakuba Popiwczaka w końcówkach drugiego i trzeciego seta meczu z drużyną holenderskiego Apeldoorn. Kilkanaście dni później zawodnik ten zadebiutował w PlusLidze także dając krótkie zmiany Popiwczakowi w końcówkach setów.
 
9. Ogromny pech Mateusza

Niesamowitego pecha do urazów ma siatkarz Trefla Gdańsk, mistrz świata z roku 2014 - Mateusz Mika. Wieści, które napłynęły z Gdańska trzy tygodnie temu zabrzmiały dramatycznie. „Mikuś” podczas rozgrzewki zerwał więzadło krzyżowe w prawym kolanie. Siatkarz jest już po operacji, teraz czeka go długa i żmudna rehabilitacja, która może potrwać nawet pół roku.

 

Na początku rokowania były bardzo złe - przy wszystkich wcześniejszych „przygodach” siatkarza z kolanami zabieg nie dawał mu stuprocentowej pewności powrotu na boisko. Dzisiaj jest nieco bardziej optymistycznie, sam zawodnik też mówi otwarcie, że jego sportowym celem na najbliższe tygodnie jest powrót na boisko - choćby tylko na jeden mecz. Pięknie zachował się klub, który obiecał przedłużenie kontraktu z kontuzjowanym zawodnikiem. 

10. Pożegnania trenerów...

Niestety, w roku 2020 pożegnaliśmy kilka ważnych postaci siatkarskiej rodziny. Tuż przed świętami Bożego Narodzenia nadeszła przykra informacja o śmierci Stanisława Poburki, znakomitego trenera, który w 1964 roku w Tokio doprowadził nasze reprezentacyjne siatkarki do brązowego medalu igrzysk olimpijskich. Trener Poburka miał 90 lat.


Kilka tygodni wcześniej pożegnaliśmy z kolei Benedykta Krysika. Miał 92 lata i podobnie jak trener Poburka zapisał się złotymi zgłoskami w historii polskiej siatkówki także doprowadzając nasze siatkarki do brązowego medalu igrzysk olimpijskich w Meksyku w 1964 roku. Do końca był z siatkówką, żył tą dyscypliną sportu, w „swoich czasach” wyprzedzał epokę. Miałem przyjemność poznać Pana Trenera. Pierwszy raz spotkaliśmy się w Gdańsku cztery lata temu podczas ME siatkarzy. Kiedy podaliśmy sobie ręce powiedział - "cześć, jestem Ben". Nigdy jednak nie odważyłem się zwrócić do trenera na „Ty”, po imieniu.
Będziemy pamiętać Panowie Trenerzy.

Postscriptum

 

W roku 2020 było jeszcze kilka innych wydarzeń, o których powinniśmy pamiętać, a które nie znalazły się w mojej subiektywnej dziesiątce, ale które i tak warto wspomnieć choćby pojedynczym słowem. Należą do nich turniej o Superpuchar Mistrzów Polski 20-lecia Polsatu Sport wygrany przez ZAKS-ę Kędzierzyn Koźle, mistrzostwo Rosji wywalczone przez Fabiana Drzyzgę z Lokomotivem Nowosybirsk, kolejny świetny sezon Joanny Wołosz we Włoszech, znakomity debiut w Italii Magdaleny Stysiak, czy przejście Bartosza Bednorza z Modeny do Kazania.


Trochę się w 2020 roku działo, co nie zmienia ogólnego poczucia, że chyba wszyscy mamy go już serdecznie dość. I dobrze, że już się kończy. Często bywało tak, że z chwilą przyjścia Nowego Roku życzyliśmy sobie „aby nie był gorszy”. Nie. Nowy 2021 na pewno nie będzie gorszy. To chyba niemożliwe.

Marek Magiera, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze