Upadek legendy. Czy to największy siatkarski cios tej dekady?

Siatkówka
Upadek legendy. Czy to największy siatkarski cios tej dekady?
Fot. PAP
W AZS-ie Częstochowa występowali m.in. Krzysztof Gierczyński (z lewej) oraz Piotr Gacek.

2020 rok dobiegł końca, a to oznacza podsumowanie nie tylko ostatnich dwunastu miesięcy, ale także całej drugiej dekady XXI wieku. W polskiej siatkówce nie brakowało olbrzymich sukcesów, ale też przykrych wydarzeń. Upadek AZS-u Częstochowa to z pewnością jedno z nich.

Kibice reprezentacji Polski w siatkówce mężczyzn zapamiętają minione dziesięć lat jako najlepszy okres w historii tej dyscypliny nad Wisłą. Wszak Biało-Czerwoni zdobyli w tym okresie dwa mistrzostwa świata, a przecież nie brakowało także medali w innych prestiżowych imprezach. Na niwie klubowej również można było pochwalić się dobrymi rezultatami, mimo że nadal czekamy na wygranie Ligi Mistrzów przez któryś z polskich klubów.
 
Niestety, dziesięć lat to na tyle długi okres, że siłą rzeczy musi dochodzić również do mniej przyjemnych wydarzeń. Każdy z sympatyków siatkówki z pewnością posiada własne przemyślenia dotyczące największych plusów i minusów dekady. W tym drugim przypadku w ścisłej czołówce powinien znaleźć się punkt zatytułowany "Upadek AZS-u Częstochowa".
 
To właśnie druga dekada XXI wieku zostanie zapamiętana jako najsmutniejsza i najtragiczniejsza w historii klubu, którego już po prostu nie ma na siatkarskiej mapie kraju, a który przecież dostarczył tyle emocji nie tylko częstochowianom, ale i wszystkich Polakom. Mowa przecież o klubie, który nieprzerwanie występował w europejskich pucharach przez ponad dwie dekady. Klub, który w latach '90 był w czołówce drużyn Starego Kontynentu, a w 2002 roku sięgnął po brązowy medal w pucharze Top Teams (dzisiaj Puchar CEV). Boje z Iskrą Odincowo czy Coprą Piacenza na stałe wpisały się w historię polskiej siatkówki. W tym pierwszym przypadku mieliśmy zderzenie dwóch światów - skromny przedstawiciel PlusLigi kontra wielki mocarz, naszpikowany gwiazdami z Gibą na czele. W tym drugim przypadku było podobnie. To był 2009 rok. Już wtedy AZS borykał się z problemami natury finansowej, ale zdołał stworzyć skład, który dotarł do ćwierćfinału Ligi Mistrzów. Ekipa spod Jasnej Góry potrafiła wówczas wyeliminować wspomnianą Piacenzę. W pierwszym meczu biało-zieloni prowadzili już 2:0 w setach, wygrywając ostatecznie 3:2. Przed rewanżem w Hali Polonia szkoleniowiec gości, Angelo Lorenzetti był jednak pewny swego, sugerując, że w AZS-ie gra słabo rozwinięta technicznie młodzież. Przypomnijmy, że barwy akademików spod Jasnej Góry bronili wówczas m.in. Piotr Nowakowski, Fabian Drzyzga, Andrzej Wrona, Paweł Zatorski, Zbigniew Bartman i Łukasz Wiśniewski...
 
 
AZS Częstochowa kojarzony jest przez wielu także przez pryzmat reprezentacji Polski. Klub nie tylko święcił sukcesy na polskich i europejskich parkietach, ale jednocześnie potrafił wyszkolić wielu przyszłych kadrowiczów, którzy stanowili o sile Biało-Czerwonych. Piotr Gruszka, Grzegorz Szymański, Piotr Gacek, Łukasz Żygadło, Michał Winiarski, Michał Bąkiewicz - wicemistrzowie świata z 2006 roku, dla których gra w AZS-ie była siatkarską maturą lub uniwersytetem. Dosłownie i w przenośni, ponieważ wielu siatkarzy nie tylko grało w AZS-ie, ale także mieszkało i studiowało w Częstochowie. - W naszym klubie ważne było, aby dbać o wykształcenie młodych ludzi, bo kariera siatkarza prędzej czy później dobiega końca, a życie toczy się dalej - przyznał kiedyś Stanisław Gościniak, legenda polskiej siatkówki i twórca potęgi AZS-u Częstochowa.
 
Lista zawodników, którzy stawiali pierwsze poważne kroki w siatkówce w barwach AZS-u, a następnie z powodzeniem radzili sobie w innych klubach jest naprawdę bardzo długa. Mimo, że AZS-u nie ma już od kilku lat, to w kadrze nadal znajdują się siatkarze, którzy częstochowskiemu klubowi zawdzięczają wiele lub bardzo wiele.
 
To pod Jasną Górą na szerokie wody wypłynął Arkadiusz Gołaś - jeden z największych talentów w historii polskiej siatkówki. W Częstochowie był kochany i uwielbiany. W zasadzie tak jest nadal. Przez wiele lat w Hali Polonia odbywał się memoriał, aby uczcić jego pamięć. Kibice na meczach wywieszali transparent z jego podobizną, bo Arek oprócz tego, że był wielkim talentem, był także jednym z nich, skromnym chłopakiem z dzielnicy. Jakże przykre, że nie ma już z nami Arka, i nie ma już także jego kochanego AZS-u...
 
Wobec kończącej się dekady warto pamiętać, że był taki klub jak AZS Częstochowa. Ci starsi z rozrzewnieniem mogą przypomnieć sobie teraz dawne boje Galaxii z Mostostalem, tzw. "święta wojna". W końcówce lat '90 oraz na początku XXI wieku już przed rozpoczęciem każdego sezonu było praktycznie wiadomo kto zagra w finale. W obu klubach grali kadrowicze, a hale - małe, specyficzne, ale z klimatem - były wypełnianie po brzegi. Ci młodsi kibice, wychowani już na erze PGE Skry Bełchatów czy ponownej dominacji klubu z Kędzierzyna-Koźla, powinni wiedzieć, że kiedyś stolicą polskiej siatkówki była Częstochowa - sześciokrotny mistrz Polski, dwukrotny zdobywca Pucharu Polski, zdobywca Superpucharu Polski, szesnastokrotny medalista mistrzostw Polski, zdobywca Pucharu Challenge.
 
Jakże skrajne emocje musieli przeżywać kibice w Częstochowie w obecnej dekadzie. Z jednej strony jeden z największych sukcesów w historii klubu w postaci triumfu w europejskim Pucharze Challenge. To także olbrzymi sukces w skali całego naszego kraju, bo mimo że siatkówka w Polsce ma się dobrze, to trofeów za wygranie zmagań na Starym Kontynencie niezbyt wiele. Z drugiej strony bolesny upadek. Co gorsza, nikt nie potrafi tego zrozumieć jak to się stało, że w odstępie kilku lat doszło do tego, że AZS-u Częstochowa już nie ma.
 
Ostatnie lata działalności klubu to ciągłe kompromitacje marketingowe oraz wizerunkowe. Z przykrością dowiadywaliśmy się o problemach natury finansowej, o pustkach w pięknej, nowoczesnej hali widowisko-sportowej, która przecież miała tchnąć nowego ducha w AZS, o komorniku, który chciał zająć puchary i medale zdobywane przez wiele pokoleń wspaniałych zawodników. I wreszcie bolesny obrazek w postaci zrobionego zdjęcia, na którym widać jak ów trofea są trzymane w kartonach na zapleczu, niczym niepotrzebne nikomu meble, które zaraz mają wylądować w śmietniku. Oby AZS Częstochowa nie wylądował nigdy na śmietniku historii, bo zasłużony klub z dzielnicy Tysiąclecie wycierpiał już wystarczająco dużo i kto wie, być może kolejna dekada okaże się wskrzeszeniem staruszka?
Krystian Natoński, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze