Ryszard I Wielki we wspomnieniach. W latach 70-tych Szurkowski był naszym Małyszem na rowerze, który miał nawet swój cień

Inne
Ryszard I Wielki we wspomnieniach. W latach 70-tych Szurkowski był naszym Małyszem na rowerze, który miał nawet swój cień
Fot. PAP
Ryszard Szurkowski obok pomnika Joachima Halupczoka, który pod jego wodzą zdobył w Seulu olimpijskie srebro

W trakcie transmisji z Wyścigu Pokoju ulice polskich miast pustoszały. Każdy chciał zobaczyć, jak dziś pojedzie Ryszard Szurkowski. Ludzie z wypiekami na twarzy śledzili kolejne etapy największego amatorskiego wyścigu kolarskiego. – Tak jak teraz młodzież zachwyca się Lewandowskim, a wcześniej Małyszem, tak wtedy wszyscy chcieli być Szurkowskim. Ja też i dlatego zostałem kolarzem – mówi Czesław Lang.

Ryszard Szurkowski nie żyje. Miał 75 lat. - A jeszcze wczoraj oglądałem film o nim. Mówił, że jeszcze chce wsiąść na rower, miał marzenia - opowiada były trener żużlowej kadry Marek Cieślak, który od wielu lat amatorsko jeździ na rowerze.

 

Wypadek, który przytrafił się Szurkowskiemu dwa lata temu w wyścigu amatorów w Niemczech, był bardzo poważny. Szurkowski przeleciał przez kierownicę i uderzył twarzą w asfalt. Miał zmiażdżoną twarz i rdzeń kręgowy. Obrażenia były na tyle poważne, że musiał przejść dwie operacje kręgosłupa i zabieg rekonstrukcji twarzy.

 

- Pamiętam, jak pierwszy raz po tamtej kraksie poszedłem do niego w odwiedziny i zastanawiałem się, co ja mu powiem, jak podtrzymam go na duchu - wspomina Czesław Lang, były kolarz, organizator Tour de Pologne. - Tymczasem Ryszard, widząc mnie powiedział: walczymy, będzie dobrze. Opowiadał o szczegółach rehabilitacji, miał nadzieję, że z  tego wyjdzie.

 

Wielu chciało być, jak Szurkowski

 

Szurkowski to dwukrotny wicemistrz olimpijski, mistrz świata, zwycięzca wielu prestiżowych zawodów, ale przede wszystkim dominator Wyścigu Pokoju, największej imprezy amatorskiego kolarstwa. – Gdy jeździł Szurkowski, to ulice pustoszały, oczywiście poza tymi, przez które przejeżdżał peleton - opowiada Lang. - Maj przez wiele lat był takim okresem pełnym fantastycznych, kolarskich emocji. U nas było wtedy szaro-buro, dlatego wszyscy czekaliśmy na występy naszych fantastycznych zawodników. Ryszard był takim Lewandowskim, albo raczej Małyszem tamtych czasów. Był Małyszem, który miał rower zamiast nart - dodaje dyrektor Tour de Pologne. 

 

Ludzie oglądali wyścigi Szurkowskiego z wypiekami na twarzy, małe dzieci grały na podwórku w kapsle albo ścigały się na rowerach. Każdy chciał być nim. - On był Ryszard I Wielki - stwierdza Henryk Grzonka, dziennikarz Radia Katowice, który relacjonował Wyścig Pokoju i dobrze znał Szurkowskiego. - Ja dzięki niemu zostałem kolarzem. Oglądałem wyścig i marzyłem, by kiedyś być następnym Szurkowskim. Byłem bardzo szczęśliwy kiedy sam zacząłem się ścigać, a on został moim trenerem w kadrze - dodaje Lang.

 

W podobnym tonie wypowiada się Andrzej Sypytkowski, który z Szurkowskim, już w roli trenera, zdobył srebro olimpijskie w Seulu w 1988 roku. - Dla mnie, jako młodego człowieka, było nie do pomyślenia, że ktoś może nie znać Szurkowskiego. Uciekałem z lekcji, żeby dojechać na miejsce, gdzie miał przejeżdżać peleton Wyścigu Pokoju. Zdarzało mi się spóźnić i widzieć już tylko ogon i plecy kolarzy, ale to zawsze było dla mnie wielkie przeżycie. Ten wyścig, to był oczywiście Szurkowski, a sygnał wyścigu do dziś chodzi mi po głowie i budzi dreszczyk emocji. Sto tysięcy ludzi czekało, żeby zobaczyć go przez kilka sekund - dodaje. 

 

Jeździła za nim... milicja 

 

W słowach Langa i Sypytkowskiego nie ma przesady. Popularność Szurkowskiego w latach 70-tych była ogromna. - Kiedy pojawiał się na ulicy, to milicja za nim jeździła, ale nie po to, żeby go złapać, lecz żeby dostać autograf. Był szał na jego punkcie, on normalnie z domu nie mógł wychodzić. Szurkowski nie tylko sam dobrze jeździł, ale i strasznie spopularyzował ten sport. W niemal każdej wsi był jakiś LZS zajmujący się szkoleniem kolarzy - wspomina Cieślak.

 

- Szurkowski tak działał na wyobraźnię, że w malutkiej miejscowości Korsze, skąd pochodzę, z jednego rocznika potrafiło zgłosić się 14 kandydatów na kolarzy - dodaje Sypytkowski. - Dziś nawet w mieście wojewódzkim tylu się nie znajdzie. No, ale wtedy to były czasy, że kiedy mieliśmy metę na stadionie, to nie było gdzie szpili wcisnąć. Sto tysięcy siedział i czekało, żeby zobaczyć trwający 30, może 40 sekund finisz.

 

Czesław Lang nie przesadza, porównując Szurkowskiego do Małysza: - A pamiętajmy, że wtedy o sławę było trudniej, bo nie było Internetu, bo media nie były tak rozbudowane. Dodam, że jak trzy lata temu robiłem jakiś wyścig i zaprosiłem Szurkowskiego, to bardziej interesowano się nim niż tymi kolarzami, którzy się ścigali. 

 

W tamtym okresie mieliśmy wielu świetnych kolarzy, ale większość z nich była w cieniu Szurkowskiego, niektórzy wręcz pracowali na jego sukcesy. - On był tym liderem, inni jechali na niego - opowiada Grzonka. - Mieczysław Nowicki, późniejszy minister sportu, jeździł za Szurkowskim jak cień. Miał nawet rower dopasowany do wymiarów tyłka Szurkowskiego, żeby wszystko się zgadzało, żeby zawsze był tam, gdzie trzeba.

 

Sznurek na medale

 

W 1973 roku Szurkowski zdobył pierwszy medal mistrzostw świata. Przed tamtym wyścigiem narodził się pewien zwyczaj kultywowany przez późniejsze pokolenia. - Tadeusz Mytnik kupił młotek, sznurek, gwoździe i zaczął je wbijać w ścianę hotelowego pokoju. Koledzy łapali się za głowę, martwili się, że będą musieli zapłacić za straty, a Mytnik wyjaśnił, że robi to po to, żeby było gdzie zawiesić tęczowe koszulki - wyjaśnia Grzonka.

 

W 1988 roku w Seulu Szurkowski, widząc przed wyścigiem, że nie ma sznurka, kazał go zawiesić. - Powiedział do nas: przyjechaliście na olimpiadę, a gdzie sznurek? Zaczęliśmy sobie żartować, ale on się uparł, że musi być, więc go rozwiesiliśmy i potem było gdzie te nasze srebrne medale powiesić. Mieliśmy w Seulu apartament w wiosce olimpijskiej, a ten sznurek wisiał w centralnym miejscu, w salonie. Dochowaliśmy tradycji zapoczątkowanej przez pokolenie Szurkowskiego - precyzuje Sypytkowski.

 

Miał w sobie olimpijski spokój

 

Ludzie, z którymi rozmawiamy, wspominają Szurkowskiego, jako człowieka znającego swoją wartość, poukładanego, stonowanego, który nie lubił wokół siebie robić szumu. Wiele osób w środowisku kolarskim bardzo długo nie miało wiedzy o ogromnej skali obrażeń, jakich doznał dwa lata temu w wypadku. Nie afiszował się ze swoim bólem i cierpieniem. - Taki już był. Całym sobą pokazywał, że kolarstwo to piękny, dający wiele radości i dobrej energii sport. Nie rozczulał się nad sobą - stwierdza Lang.

 

- A ja zapamiętam go, jako osobę, która nigdy się nie denerwowała - dodaje Sypytkowski. - Miał w sobie taki olimpijski spokój, nie podnosił swój głosu. Nie musiał, bo miał autorytet. Kiedy usłyszałem, że umarł, to długo się zastanawiałem, z czym mi się pan Ryszard kojarzy i to by było to. Pamiętam też, że na zgrupowaniach, podczas posiłków, lubiłem siadać blisko niego, żeby chłonąć jego opowieści. Kiedy telewizja puściła film o nim, to znałem wszystkie zawarte w dokumencie historie. Znałem je od niego. 

Dariusz Ostafiński, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze