Lepa: Idol, legenda, po prostu Najlepszy!

Inne
Lepa: Idol, legenda, po prostu Najlepszy!
Fot. PAP
Ryszard Szurkowski - wielki mistrz, który zawsze był pogodny

Przed nim truchlałem. Wiedziałem, że cokolwiek powiem o wyścigu, jakich słów bym nie użył, zabrzmi to banalnie w jego uszach, zabrzmi dyletancko. Właśnie Pana Ryszarda Szurkowskiego miałem za największego specjalistę wśród wszystkich legendarnych sportowców, których miałem szczęście poznać, absolutną alfę i omegę kolarstwa. 

Jako małe dziecko – jak każdy wówczas na podwórku, w szkolnej świetlicy – obok „haratania w gałę”, bawiliśmy się w kapsle. W zawodach, które imitowały „Wyścig Pokoju” chciałem wówczas być... Lechem Piaseckim. W połowie lat 80. był on najlepszym polskim zawodowcem, przez dwa etapy miał nawet koszulkę lidera Tour de France. I tak usłyszałem o Ryszardzie Szurkowskim, wówczas trenerze kadry narodowej.

 

Szurkowski, Piasecki, Halupczok

 

Tak jak dziś dzieci muszą mieć swojego Roberta Lewandowskiego, żeby odkryć kim byli Zbigniew Boniek, Kaziemierz Deyna, czy Włodzimierz Lubański, tak Piasecki wprowadzał mnie do świata kolarstwa, do świata, którego już wówczas legendą, wzorem i żyjącym pomnikiem był Szurkowski. Wkrótce w tym świecie kolejnym idolem miał zostać Joachim Halupczok, członek srebrnej drużyny igrzysk olimpijskich w Seulu (z Szurkowskim jako selekcjonerem kadry), a w 1989 roku mistrz świata amatorów z Chambery.

 

Wówczas nie rozumiałem do końca różnicy między „amatorami”, a zawodowcami zachodu. Dla mnie Halupczok był po prostu najlepszy. I wówczas po raz kolejny dotarło do mnie – rety, przecież Szurkowski był w latach 70. dwukrotnym srebrnym medalistą igrzysk w drużynie, a w międzyczasie został mistrzem i wicemistrzem świata ze startu wspólnego oraz dwukrotnie mistrzem świata w jeździe drużynowej. „Amatorów” rzecz jasna. Zrobił to co „Achim” razy kilka. Czyli był po prostu Najlepszy!

 

Staszek – rywal

 

Pana Ryszarda ciut bliżej poznałem dopiero w 2013 roku. Spotykałem go przy różnych imprezach, ale wówczas mieliśmy razem skomentować jeden z wyścigów mistrzostw świata. Zawodowców. Pech chciał, że w drugim dniu mistrzostw, 23 września dowiedzieliśmy się, że zmarł Stanisław Szozda, członek srebrnych drużyn olimpijskich razem z Panem Ryszardem oraz Edwardem Barcikiem i Lucjanem Lisem w 1972 roku oraz z Tadeuszem Mytnikiem i Mieczysławem Nowickim w 1976.

 

Szurkowski o Szoździe mówił wówczas jak o jeszcze większej legendzie niż on sam. Miałem wrażenie, że opisuje nie kolegę-rywala z kolarskich tras, a bohatera jakiegoś romantycznego filmu: niestrudzony, najbardziej waleczny, niezwykle zadziorny, nieustępliwy, charakterny – takich przymiotników używał, aby podkreślić najważniejsze cechy największego przeciwnika. Mimo że przez lata bili się o palmę pierwszeństwa w polskim kolarstwie, Pan Ryszard mówił o Szoździe z największym szacunkiem. Mówił o Najlepszym.

 

Złoty Kwiatek i tragiczny Nowy Jork

 

Później jeszcze kilka razy mogłem komentować z Szurkowskim. Do naszej siedziby Najlepszy przyjeżdżał oczywiście rowerem. Nie ukrywam, że były to chwile większego stresu, obawy przed legendą szosy. Bałem się Pana Ryszarda. Bałem się czasami powiedzieć za dużo, żeby nie wypaść przed nim śmiesznie, żeby nie wygłupić się przed człowiekiem, który o tym sporcie wie absolutnie wszystko. Nie ośmieszyć się przed Najlepszym.

 

Raz niestety popełniłem kardynalny błąd. W 2015 roku – nie pamiętam, czy podczas rozmowy telefonicznej, czy w bezpośredniej wymianie zdań – chciałem zaprosić Pana Ryszarda do komentowania kolejnych mistrzostw świata. To było rok po sukcesie Michała Kwiatkowskiego w Ponferradzie. Tamto zwycięstwo Szurkowski śledził przed telewizorem, ale słychać było w jego głosie dumę i wielką radość. Łączyliśmy się z nim telefonicznie i komentował dla nas wyczyny „Kwiato” z wyścigu w Hiszpanii.

 

Kiedy 12 miesięcy później mistrzostwa przeniosły się do amerykańskiego Richmond, także chciałem poprosić Pana Ryszarda o pomoc. W którymś momencie rozmowa zeszła na temat bezpieczeństwa, podróży i wspomniałem o zamachu z 11 września 2001 roku na World Trade Center w Nowym Jorku. Pan Ryszard zamilkł... Wówczas dopiero dotarło do mnie, co zrobiłem. Ten niewiarygodny twardziel, człowiek, który nie ronił łez i nie poddawał się w najtrudniejszych chwilach sportowej kariery, nie potrafił wymówić słowa. W tym barbarzyńskim zamachu stracił bowiem syna, 31-letniego Norberta, który pracował na 104. piętrze jednej z wież.

 

Dżentelmen, do końca aktywny

 

Jako że wyścigów kolarskich mieliśmy później coraz mniej, okazji do rozmowy także było już niewiele. W 2018 roku komentowałem z Czarkiem Zamaną bodaj Tour de Suisse, kiedy 10 czerwca dotarła do nas wiadomość o wypadku Szurkowskiego. Pan Ryszard brał udział w kraksie, w której doznał licznych i bardzo poważnych obrażeń. Czarek struchlał, ja zamarłem. Nie wiedzieliśmy, w jakim stanie był Najlepszy. Wkrótce okazało się, że jego stan jest bardzo poważny, że został sparaliżowany, że już nigdy nie usiądzie na rowerze. A mimo tego wszyscy mówili jednym głosem – „on się nie podda, będzie walczył, tylko Ryszard może wstać z łóżka po takim wypadku”. Szurkowski miał wówczas 72 lata!

 

Dziś odszedł od nas Pan Ryszard. Dżentelmen szosy, który w 1970 roku potrafił oddać podczas mistrzostw Polski swój rower Zygmuntowi Hanusikowi, co pozwoliło mu wygrać wyścig ze startu wspólnego. Szurkowski był wówczas piąty. Odszedł twardziel, legenda, idol, po prostu Najlepszy.

Marcin Lepa, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze