Najlepsze mecze Orłów Górskiego. Był cud, łzy szczęścia i woda, która zabrała nam finał

Piłka nożna
Najlepsze mecze Orłów Górskiego. Był cud, łzy szczęścia i woda, która zabrała nam finał
Fot. PAP

Wiele spotkań reprezentacji pod wodzą trenera Kazimierza Górskiego przeszło do historii. Wiele było takich momentów, gdy łapaliśmy się za głowy po pięknych akcjach tamtej drużyny, która do pamiętnego meczu z Holandią (4:1) w 1975 roku na Stadionie Śląskim szła cały czas w górę. Wtedy zagrała najpiękniejsze spotkanie, którego już nigdy nie powtórzyła. Ten mecz zamyka nasz ranking najlepszych spotkań Orłów Górskiego. Wyliczyliśmy ich siedem, choć spokojnie można by dołożyć drugie tyle.

Debiut

 

Nominację dostał w grudniu 1970 roku. Na pierwszy oficjalny mecz kadry pod wodzą Górskiego musieliśmy poczekać. Nikt nie wiązał jakiś wielkich nadziei z tą kandydaturą. Dziennikarz Stefan Szczepłek mówił w rozmowie z polskimradiem24.pl, że Górski miał być kolejnym, któremu się nie uda. Zanim został selekcjonerem, nikt z nim nawet poważnie o tym nie porozmawiał. On sam dowiedział się, że zostanie trenerem reprezentacji od kolegi ze sztabu w młodzieżówce. – Doczekałeś się, Kaziu. Idziesz w górę, jasny gwint.

 

Pięć miesięcy później, w debiucie Górskiego, Polska wygrała na wyjeździe 4:2 ze Szwajcarią. To był mecz towarzyski. Do przerwy było 1:1, więc przed wyjściem na drugą połowę Górski powiedział zawodnikom. – Wydaje mi się, że nie dotrzymujemy, koledzy, słowa nie wykonując tego, co wspólnie ustaliliśmy. Czy mam się powtarzać – zapytał.

 

To był mecz, w którym Górski złapał kontakt z drużyną. Tak napisał w swojej autobiografii. Tymczasem szwajcarskie media po tamtej porażce ich reprezentacji pisały o „polskim tajfunie, który zmiótł ich zespół”. Górskiego po 4:2 zaczęto traktować z szacunkiem, poważnie.

 

Szczęście na olimpiadzie

 

Tu ważne były dwa mecze. Ten z ZSRR (2:1), który był kluczowy w kontekście awansu do finału, no i spotkanie o złoto z Węgrami (2:1).

Mecz z ZSRR był z gatunku tych, w których nic się nie układa. Byliśmy w defensywie, graliśmy słabo. Mieliśmy jednak mnóstwo szczęścia. To po tym spotkaniu zaczęto mówić, ze trener jest w czepku urodzony. A wszystko za sprawą historii z wejściem na boisko Zygfryda Szołtysika. Mówiono o pokerowej zagrywce, a to był zwykły przypadek. Górski zarządził, że wejdzie Andrzej Jarosik, ale ten się obraził i stwierdził, że na kilka minut wchodził nie będzie.

 

– Wobec tego ty „Mały” zastąpisz Guta – rzucił do Szołtysika, który wszedł i wykończył golem akcję dającą nam zwycięstwo. Wcześniej strzeliliśmy wyrównującą bramkę po karnym.

 

- Mój Boże, co ja mam państwu powiedzieć. Dwadzieścia lat czekałem na taki moment, ponad pięćdziesiąt lat czekało polskie piłkarstwo, sport najbardziej lubiany przez nas w kraju. Wspaniały widok, proszę państwa, wspaniały widok.... Co więcej, można dodać? – mówił słynny komentator Jan Ciszewski po finale z Węgrami, który był koncertem Kazimierza Deyny. W pierwszej połowie popełnił on błąd, po którym straciliśmy bramkę. W drugiej był tak rozjuszony, że sam strzelił dwie, pogrążając rywala.

 

Cud na Wembley

 

W zasadzie należałoby napisać, że to pierwszy mecz z Anglikami (2:0) w eliminacjach do mistrzostw świata w 1974 roku był lepszy. Wygraliśmy na Stadionie Śląskim z mocnym przeciwnikiem, polscy piłkarze uwierzyli, że można. Jednak to remis na Wembley (1:1) przeszedł do historii, jako kamień milowy polskiego futbolu.

 

ZOBACZ TAKŻE: Górski - wzór dla olimpijczyków

 

To było, podobnie jak mecz z ZSRR na olimpiadzie, słabe spotkanie naszej drużyny. Mieliśmy niemal 90. minut angielskiej dominacji. Gospodarze bombardowali bramkę Jana Tomaszewskiego, który wychodził obronną ręką z najgorszych opresji. Anglia mogła spokojnie wygrać 6, czy nawet 7 do zera. Skończyło się remisem i słynnym już spacerem trenera Górskiego do szatni na chwilę przed końcem. Pan Kazimierz bał się, że dostanie zawału, więc zaciskając pięści, ruszył w stronę głównego wyjścia. Nawet nie usłyszał końcowego gwizdka. Dopiero, jak zobaczył skaczących w górę piłkarzy, zrozumiał, że właśnie osiągnął z reprezentacją coś bardzo ważnego. Wtedy po jego policzkach spłynęły łzy.

 

Biało-czerwona awangarda

 

W przypadku mundialu 74 mamy nie lada problem z tym, żeby wybrać te najważniejsze spotkania. Już pierwszy mecz z Argentyną (3:2) był fenomenalny, bo oto okazało się, że skazywana na porażkę drużyna będzie rozdawać karty. Po tym zwycięstwie już mieliśmy zapewnione wyjście z grupy, bo wygrana z Haiti (7:0) była formalnością.

 

Najpiękniejszy mecz grupowy zagraliśmy jednak z Włochami (2:1). Kto nie widział cudownych bramek Kazimierza Deyny i Andrzeja Szarmacha. Deynie po strzale, który zamienił na gola, pękł but. Dla Włochów, wicemistrzów świata, to było spotkanie o wszystko, my graliśmy na luzie. Po tamtym starciu pisano o nowoczesnym piłkarstwie, awangardzie, jaką stanowił zespół Górskiego. La Stampa pisała o dynamice gry, wysokiej technice, dyscyplinie i kondycji. Polskie media pisały o faworytach za burtą, o tym, że Dino Zoff nie dał rady, ale też wyrażały życzenie, żeby wszyscy grali tak jak nasz zespół.

 

Mecz na wodzie

 

To spotkanie obrosło taką samą legendą, jak to z Anglikami na Wembley. Do dziś dyskutuje się, czy ogralibyśmy wtedy Niemców (0:1), gdyby nie ulewa i kałuże wody na płycie boiska. Mieliśmy zespół grający technicznie, po ziemi, mieliśmy błyskotliwych skrzydłowych, którzy wtedy na Stadionie Leśnym we Frankfurcie nie potrafili wykorzystać swoich atutów.

 

Wygrana w tym meczu dawała nam finał. Otworzyliśmy się, stwarzaliśmy sytuacje, ale albo bronił Seep Maier, albo przeszkadzała woda, której organizatorom nie udało się usunąć w całości. Niewątpliwie Niemcom, którym wystarczał remis, grało się lepiej. Oni czekali na błąd. Pierwszym był faul Jerzego Gorgonia na Berndzie Hoelzenbeinie. Tomaszewski obronił jednak karnego wykonywanego przez Uli Hoenesa. Był jednak bezradny w 76. Minucie, kiedy Gerd Mueller strzelił z pola karnego po kolejnym błędzie w defensywie.

 

Niemiecka prasa pisała, że w tych warunkach nie odbyłby się żaden mecz  Bundesligi. Nakazano jednak rozegranie meczu o złoto, który z futbolem miał niewiele wspólnego, choć zdaniem Andrzeja Strejlaua, to było najlepsze spotkanie tamtego mundialu. Cóż nam pozostaje cieszyć się z pochwał i z tego, że chwilę później wygraliśmy mecz o trzecie miejsce z Brazylią (1:0).

 

Najpiękniejszy mecz w historii polskiej reprezentacji

 

I tak dochodzimy do meczu eliminacji mistrzostw Europy z Holandią w 1975 roku. Zdaniem wielu najlepszym, jakie rozegrali Biało-Czerwoni. Dariusz Górski, syn trenera, kiedy rozmawialiśmy z nim o tym spotkaniu, przyznał, że to było faktycznie szczytowe osiągnięcie kadry prowadzonej przez jego ojca. Po nim była już równia pochyła. Trener Górski po tamtym meczu mówił, że po raz ostatni w karierze tkwił w samym środku wiwatujących ludzi, w morzu biało-czerwonych flag.

 

Tamto spotkanie chciało obejrzeć 700 tysięcy ludzi, bilet dostał co czwarty. Mecz drugiej z trzecią drużyną na świecie był wydarzeniem. Holandia grała wtedy futbol totalny, miała wielką gwiazdę Johana Cruyffa. Trener oddelegował do krycia Mirosława Bulzackiego, bo Gorgoń był zawieszony. Cruyff zaliczył tylko asystę, gola nie strzelił. Polacy zdobyli cztery, a Ciszewski szalał: - 4:1 dla Polski! Grzegorz Lato, Robert Radocha – przepraszam za to przejęzyczenie – i dwie bramki Andrzeja Szarmacha.

Dariusz Ostafiński, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze