Kazimierz Górski we wspomnieniach: Przepraszam, nie tę marynarkę zabrałem

Piłka nożna
Kazimierz Górski we wspomnieniach: Przepraszam, nie tę marynarkę zabrałem
Fot. PAP
Kazimierz Górski do końca życia zachował uśmiech, pogodę ducha, skromność i życzliwość dla wszystkich, których spotykał na swojej drodze. Ludzie go kochali

Kto był najwybitniejszym trenerem w dziejach polskiego sportu? Kandydatów jest dwóch: Kazimierz Górski i Feliks Stamm (niektórzy wymieniają jeszcze Huberta Wagnera). Nie podejmuję się osądzać, oficjalnie tytuł Trenera Tysiąclecia przyznano Panu Kazimierzowi. Gdyby Kazimierz Górski żył, dzisiaj obchodziłby setce urodziny. Miałem zaszczyt poznać Pana Kazimierza jako młody dziennikarz katowickiego Sportu (oddział w Warszawie).

Byłem kilka razy u Pana Kazimierza w jego małym mieszkaniu na Mokotowie, on był w domu moich rodziców w rodzinnych Rykach przy okazji meczu, który zorganizowałem w 1985 roku pomiędzy A-klasową drużyną Hortexu Ryki i drużyną dziennikarzy i byłych nie tylko piłkarskich gwiazd (Robert Gadocha, Bernard Blaut, Antoni Trzaskowski, Ryszard Kulesza, mistrzowie olimpijscy Tadeusz Ślusarski i Władysław Komar, mistrzowie świata Józef Łuszczek i Andrzej Supron, bokserscy multimedaliści bracia Paweł i Grzegorz Skrzeczowie…). Selekcjonerem drużyny był Kazimierz Górski, komentatorem Dariusz Szpakowski.

 

Przed meczem zaprosiłem Pana Kazimierza i Władka Komara do domu rodziców. Ojciec, który był masarzem, przygotował na tę okazję smażoną kaszankę z cebulą i kiełbasę, była nawet szynka (wtedy rarytas) i pół litra. Powspominaliśmy, piękne czasy.

 

Teraz nie ma szans żeby coś takiego zorganizować, bo zawód dziennikarza tak podupadł, że piłkarscy trenerzy kadry nie spotykają się już prywatnie z „gryzipiórkami” (ostatni wyjątek to był chyba Leo Beenhakker, który był na ślubie Michała Kołodziejczyka, wówczas dziennikarza „Rzeczypospolitej”). Zresztą i trenerzy się zmienili, zatrudniają analityków, drony, analizują, z piłki nożnej robią wielką magię.

 

ZOBACZ TAKŻE: Lato o trenerskim fenomenie Górskiego

 

Pan Kazimierz patrzył na futbol inaczej, uważał inaczej, że piłka to prosta gra: „Im dłużej my przy piłce, tym krócej oni”, „Tak się gra jak przeciwnik pozwala”, „Dopóki piłka w grze, wszystko jest możliwe”. I z tą filozofią prowadził reprezentację Polski do największych sukcesów dziejach: mistrzostwa olimpijskiego w Monachium 1972, srebra na IO w Montrealu 1976, zwycięstwa nad Brazylią na mistrzostwach świata 1974….

 

Od Pana Kazimierza biło ciepło, skromność, nad nikim się nie wynosił, nie sposób go było nie kochać. To chyba ostatni trener kadry, który nie miał wrogów (a jeśli byli, to bardzo ukryci) i nawet swoje wpadki przyjmował ze śmiechem.

 

Rysiek Milewski, były obrońca Legii i reprezentacji Polski opowiadał nam (gdy na emeryturze grał w naszej dziennikarskiej drużynie Publikator) jak w 1981 roku Legia pojechała do Oslo na mecz z Valarengą w Pucharze Zdobywców Pucharów. 

 

- Przed meczem, w szatni Kazio wyciąga z marynarki kartkę, chyba to była serwetka, bo przeważnie na niej notował składy i czyta: „w bramce Kazimierski, w obronie: Topolski, Janas, Załężny i Kakietek...”

 

- Panie trenerze. Ale Kakietek nie przyleciał z nami do Oslo – ktoś sprostował (chyba Stefan Majewski).

 

- O przepraszam, chyba nie tę marynarkę zabrałem (salwa śmiechu). Nie Kakietek, ale Milewski. A w pomocy i ataku: Baran, Majewski, Kusto, Adamczyk, Okoński i Kwapisz – odpowiedział, zupełnie nie zbity z pantałyku Kaziu. No i zremisowaliśmy z Valarengą 2:2, w rewanżu było 4:1 i awans Legii – wspominał Rysiu.

Andrzej Kostyra, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze