Kowalski: Setka pana Kazimierza, czyli jak wkręciłem się na urodziny Górskiego

Piłka nożna
Kowalski: Setka pana Kazimierza, czyli jak wkręciłem się na urodziny Górskiego
Fot. PAP
Kazimierz Górski był niezwykle skromny, zawsze uśmiechnięty i nie miał nic z doczesnych dóbr. Mieszkał w skromnym mieszkanku w Warszawie. Dla wszystkich zawsze miał czas

Jako najmłodszy w warszawskiej redakcji katowickiego "Sportu" wracam któregoś dnia do biura i widzę, że moje miejsce pracy jest... zastawione. Napoje zwykłe i gazowane, kiełbasa, salceson, słone paluszki... - Napiszesz później, teraz leć do sklepu, kupisz bukiet kwiatów i coś mocniejszego – usłyszałem polecenie służbowe i wykonałem je szybciej niż sprawozdanie z Hutnika. Chwilę później wszedł On. Kazimierz Górski, razem ze świtą swoich przyjaciół. Tak zaczęły się... 75 urodziny Trenera.

Dziś setne urodziny Kazimierza Górskiego. Pamiętam Jego siedemdziesiąte piąte... Jako młody reporter terminujący w warszawskim oddziale katowickiego „Sportu” u Grzegorza Stańskiego i Andrzeja Kostyry byłem wysyłany na stołeczne wydarzenia sportowe, które przysługiwały adeptom z moim stażem. Drugoligowy Hutnik, Polonia, mecze siatkówki kobiet na AWF czy piłki ręcznej na Woli. Czyli to wszystko czym moi starsi koledzy i uznani już dziennikarze się nie zajmowali. Po powrocie do siedziby oddziału przy ulicy Poznańskiej wklepywało się sprawozdanie na maszynie do pisania i faksowało do centrali. Wracam któregoś dnia do biura i widzę, że moje miejsce pracy jest... zastawione. Napoje zwykłe i gazowane, kiełbasa, salceson, słone paluszki... - Napiszesz później, teraz leć do sklepu, kupisz bukiet kwiatów i coś mocniejszego – usłyszałem polecenie służbowe i wykonałem je szybciej niż sprawozdanie z Hutnika.

 

Chwilę później wszedł On. Kazimierz Górski, razem ze świtą swoich przyjaciół. Wszyscy w podobnym wieku. W naszej redakcji także gościnnie śp. Paweł Szmaczny czy śp Bogdan Bańka. Odśpiewaliśmy jubilatowi „Sto lat” i wszyscy zasiedli przy... moim biurku. No, prawie wszyscy, ja małolat taktowanie oddaliłem się do pokoju, w którym zwykle urzędowała pani Krysia, sekretarka. Po chwili usłyszałem jednak zdecydowany charakterystyczny głos trenera ze lwowskim zaśpiewem: - Panie kulegooo, zapraszamy tu do nas. Pan się częstuje i opowie coś o sobie...

 

Coś tam dukałem stremowany, ale pamiętam, że Górski autentycznie chciał wysłuchać tego co mam do powiedzenia, czuło się, że traktuje praktykanta poważnie, nigdzie się nie spieszył, miał czas. Później długo wsłuchiwałem się z otwartą buzią w zakulisowe piłkarskie opowieści tego wspaniałego towarzystwa i zarykiwałem się ze śmiechu, kiedy oni to robili.

 

Wydaje mi się, że mniej więcej wtedy definitywnie przekonałem się czym będę chciał się zajmować w zawodowym życiu. Ta wizyta w siedzibie „Sportu”, jak się później dowiedziałem, była jedną z kilku czy nawet kilkunastu w roku 75 urodzin trenera. Górski po prostu pielgrzymował po redakcjach, gdzie dziennikarze hucznie go fetowali.

 

Dziś pewnie powiedziałby ktoś, że to działania PR-owe, że może nieetyczne. No bo jak? Trener świętuje z dziennikarzami? I nie kryje się z tym, tylko tak bez pardonu, w redakcji?

 

Tyle, że wtedy to było tak naturalne, że nikt nawet się nad tym nie zastanawiał. Pan Kazimierz nic już nie musiał i o nic nie zabiegał. Był autentycznym dobrem narodowym, a do tego, a może przede wszystkim, skromnym normalnym człowiekiem o duszy bankietowej. Znał wszystkich. Lubił ludzi, miał szelmowskie poczucie humoru, czuć było już przy pierwszym kontakcie, że ma się do czynienia z kimś specjalnym.

 

Później, jak już nieco okrzepłem zawodowo, miałem przywilej przeprowadzania wielu wywiadów czy krótkich rozmówek z panem Kazimierzem, gościłem także w jego skromnym warszawskim mieszkanku. Pamiętam, jak już mocno schorowany przed mundialem 2002 domagał się powołania do kadry Artura Wichniarka i pytał naszego ówczesnego selekcjonera Jerzego Engela po kiepskich sparingach przed turniejem: „Panie kulego, skoro jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle?”

 

Nie znoszę popadania w kombatanckie tony i na siłę uwznioślania tego co było dawniej, ale mam przekonanie, że od czasu odejścia Kazimierza Górskiego nikt z tak jednoznacznie dobrą opinią w polskiej piłce się nie pojawił. Nie ma kogoś takiego, o którym mówiono by właściwie tylko dobrze i kto cieszyłby się aż takim bezwarunkowym uznaniem. Kogo nie obgadywano za plecami i przypominano ile meczów w karierze puścił, albo z kim trzyma, a z kim nie powinien. Co ma za uszami i ile zarobił, choć na to nie zasługiwał. Czy on wykiwał menedżera czy menedżer jego.

 

Dziś nie używa się już słowa autorytet, bo na to miano w polskim futbolu zasługuje co najwyżej kilku ludzi. Górski bez wątpienia prawdziwym autorytetem był.

 

Dla współczesnych fanów piłki czymś co może okazać się najbardziej szokujące jest zderzenie tego co Górski osiągnął, z tym co posiadał. Oprócz miłości bliskich i uwielbienia tłumów nie miał nic. Żył więcej niż skromnie, dopóki miał siły, jeździł tramwajem, sprzeciwiał się społecznym zbiórkom na leczenie, czuł się zawstydzony, nie chciał epatować swoimi słabościami fizycznymi.

 

Trener, który dla polskiej piłki wygrał więcej niż ktokolwiek inny, któremu dziś stawiamy pomniki i nikt ich nigdy nie ruszy, bo pan Kazimierz był bohaterem uniwersalnym. Jednym z tych, którzy łączą Polaków. Po prostu wielkim człowiekiem.

Cezary Kowalski, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze