Białoński: Marzyciele wygrywają Ligę Mistrzów

Piłka nożna
Białoński: Marzyciele wygrywają Ligę Mistrzów
Fot. PAP
Kibice Chelsea na stadionie w Porto

Kai Havertz w wieku 21 lat rozstrzygnął najważniejszy mecz w piłce klubowej sezonu 2020/2021 i z rozbrajającą szczerością wypalił przed kamerami, że od 15 lat marzył o wygraniu Lig Mistrzów. Młody Niemiec to kolejny dowód na to, że w sporcie wszystko zaczyna się od marzeń dziecka, które z uporem dąży do ich realizacji – pisze dyrektor Sport.Interia.pl Michał Białoński.

Mason Mount popisał się najważniejszą asystą w życiu. Między obrońcami Chelsea znalazł nie tyle uliczkę, co autostradę i wykorzystał fakt, że Ederson zdrzemnął się przy wyjściu z bramki. Ołeksandr Zimczenko przegrał pojedynek szybkościowy z młodym Niemcem i mleko się rozlało – Manchester City miał dziurę w obronie i wybite zęby w ataku.

 

Finał Ligi Mistrzów miał więcej bohaterów. Jeden z nich z nich jeszcze w 2016 r., jako 24-latek, pobierał zasiłek dla bezrobotnych i plątał się w rezerwach Olympique Marsylia. Pokazał, że na dużą karierę w piłce nawet wtedy nie jest za późno. Szansę dostał od Stade de Reims, a po trzech latach  Stade Rennais zapłacił za niego siedem milionów euro, po kolejnych 11 miesiącach Chelsea musiała wyłożyć 25 mln euro. Teraz Edouard Mendy został pierwszym bramkarzem z Afryki w finale Ligi Mistrzów i od razu go wygrał, zachowując czyste konto. Na wielką karierę w piłce nie jest za późno nawet w wieku 24 lat.

 

ZOBACZ TAKŻE: Prezydent i media krytykują rząd po finale LM

 

Jeszcze ważniejszym elementem układanki „The Blues” jest N’Golo Kante, który również odgrzebywał się z drugiej ligi francuskiej (SM Caen). Przełomem była jednak wyprowadzka na Wyspy. W pierwszym roku zdobył mistrzostwo Anglii z Leicester (2016), w kolejnym z Chelsea (2017) i od razu wybrano go Piłkarzem Roku we Francji. Później przyszło mistrzostwo świata z Francją na mundialu w Rosji, wygrana w Lidze Europy z Chelsea (2019), a teraz triumf w Lidze Mistrzów.

 

Wszyscy ci zawodnicy byli wykonawcami strategii Thomasa Tuchela, dla którego szczelny, agresywny blok defensywny jest kluczem do sukcesu od pierwszych dni pracy na Stamford Bridge.

 

Manchester City miał czarować szybkimi atakami opartymi na podaniach na jeden kontakt, ale kompletnie nie poradził sobie z agresywnie broniącymi blisko własnego pola karnego piłkarzami Chelsea. Najlepszym obrazem bezsilności „The Citizens” był schodzący ze śliwą pod okiem lider zespołu Kevin de Bruyne.

 

W całym meczu żadnej świetnej okazji i tylko jeden celny strzał? Tak się nie da wygrać Champions League. Na Stadionie Smoka Tuchel zamknął w lochach żelaznej defensywy londyńczyków i klucz wyrzucił do głębin Atlantyku.

 

Ruediger, Thiago Silva, Azpilicueta i Reece James ustawieni byli niesamowicie wysoko, nawet 30-40 m od własnej bramki. Do tego stopnia, że niespodziewający się tak blisko rywala de Bruyne wpadł na Ruedigera tuż po przekroczeniu linii środkowej. I osunął się na murawę, jakby zderzył się ze ścianą. Wygrywający pojedynki wręcz, James miał najwięcej kontaktów z piłką spośród wszystkich piłkarzy Chelsea – 80.

 

Pep Guardiola nie był w stanie uwolnić mocy swych rycerzy. Zabrakło mu sprytu, a może bardziej planu B. Zdumiewające, że przy tak zagęszczonej defensywie tej klasy piłkarzom, co Guendongan, czy Bernardo SIlva nie wyszło ani jedno prostopadłe podanie, które stworzyłoby realne zagrożenie dla bramki Chelsea.

 

To niesamowite, że tej klasy szkoleniowiec, pracujący w samych topowych klubach, dysponujący gigantycznymi budżetami na transfery, nie jest w stanie wygrać Ligi Mistrzów po odejściu z Barcelony, a mija już od tego dziewięć lat, z których trzy spędził w Bayernie, a resztę w Manchesterze.

 

– Pep Guardiola przekombinował. Zmienił sposób, w jaki grał przez cały sezon – ocenił Rio Ferdinand.

 

Zarzuca Pepowi, że m.in. ustawił za szeroko Riyada Mahreza i Raheema Sterlinga, przez co Manchester zubożał na środku, skąd potrafił zagrażać w trakcie sezonu. Na dodatek na skrzydłach „Obywatele” zostali całkowicie zablokowani, o czym świadczy statystyka pokonanych kilometrów – grający na skrzydle Mahrez zrobił ich mniej niż stoper Ruben Dias.

 

Fernandinho na ławce, Guendongan w roli defensywnego pomocnika po raz pierwszy w sezonie – ten eksperyment również nie wypalił.

 

Ogólnie kibice zgromadzeni na Stadionie Smoka mogli pewnie żałować emocji i widowiska, jakie w minioną środę dostarczyli fanom na Polsat Plus Arenie w Gdańsku zawodnicy Villareal i Manchesteru United. Ale też zwycięzców się nie sądzi – na Starym Kontynencie panuje „Królowa” Chelsea!

Michał Białoński, Interia
Przejdź na Polsatsport.pl

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze