Messimania w USA, czy dlaczego Leo miałby trudniej o gole w naszej Ekstraklasie

Piłka nożna
Messimania w USA, czy dlaczego Leo miałby trudniej o gole w naszej Ekstraklasie
fot. PAP
Messimania w USA, czy dlaczego Leo miałby trudniej o gole w naszej Ekstraklasie

Ponad miesiąc gra w Miami Leo Messi. Zdobył w tym czasie dziesięć goli i pierwsze trofeum (Puchar Ligi), ale tak naprawdę zanim pierwszy raz kopnął piłkę w USA i strzelił bramkę po 40 minutach gry już samym swoim przyjazdem dał początek "Messimanii".

I widać to nie tylko w Miami, ale także na każdym meczu wyjazdowym. Dzięki Messiemu, Jankesi zakochują się w piłce nożnej na serio.

Zobacz także: Pierwsze trofeum Lionela Messiego w Stanach Zjednoczonych! Argentyńczyk z golem w finale

 

Na stadionie w Dallas na początku sierpnia publika zamiast wspierać wyłącznie swoich, nosiła różowe koszulki, w których występuje Inter Miami. Ale to nie była publiczność ani Interu, ani gospodarzy. To byli po prostu fani Lionela. A on dał show, strzelając dwa gole w meczu, który Inter wygrał w karnych po remisie 4:4. Owszem, w Filadelfii miejscowi wygwizdali Argentyńczyka, ale to też był po prostu upust emocji, który prawdopodobnie najlepszy piłkarz w historii futbolu generuje. Gdziekolwiek pojawia się Messi, pojawia się histeria.

 

Fakt, że Inter będąc jedną z najsłabszych drużyn w lidze, nagle zaczął seryjnie wygrywać, świadczy oczywiście o tym, że amerykański mit: „droga od pucybuta do milionera może być krótka”, wciąż działa, ale dowodzi przede wszystkim jednego – posiadanie najlepszego gracza wszech czasów ułatwia wygrywanie.

 

Oczywiście dodajmy, że piłkarska trupa „Messi i przyjaciele” to także wciąż świetni weterani Sergio Busquets i Jordi Alba, którzy przerastają MLS nawet będąc grubo trzydziestce. Przed sezonem podpisano także kontrakty z ciekawymi młodymi graczami jak Diego Gomez, Facundo Farias czy Tomas Aviles. No i na ławce jest „Tata” Martino, trener doświadczony w Barcelonie, reprezentacjach Paragwaju, Argentyny czy Meksyku, ale także w MLS. Messi jest z pewnością największym autorem różnicy, ale fundamenty Interu są coraz silniejsze.

 

Dziś wszystko przelicza się na liczbę odsłon lajków czy wyświetleń, a zatem rzućmy jedną z nich. Pierwszy gol Messiego został obejrzany… 200 mln razy! Oglądalność drugiej bramki z Atlantą wynosiła mniej więcej tyle samo. Te liczby są powodem dla którego właściciel Interu, ale tak naprawdę cała liga, chciał Messiego. Większa oglądalność oznacza wzrosty w każdym aspekcie.

 

Nawet oglądając jedynie skróty nie da się nie zauważyć, że Leo spaceruje sobie po boisku, by odpowiedniej chwili przyspieszyć i strzelić gola. Delikatnie ujmując, nie bywa niepokojony przez obrońców, a przestrzenie między zawodnikami są tak duże, że najprawdopodobniej w naszej Ekstraklasie byłoby Messiemu trudniej o gole.

 

Jasne, że podczas całej swojej kariery Leo sprawiał, że obrońcy wyglądali głupio, ale ci z MLS wyglądają wyjątkowo niezdarnie. Publicysta „Guardiana” Graham Ruthven pokusił się nawet o stwierdzenie, że manekiny przerwałyby akcje Busquetsa i Messiego szybciej niż obrońcy Atlanty.

 

Dzięki temu, że poruszając się w systemie „Salary cup”, zgodnie z którym każdy klub może wydać określona kwotę na zawodników, zatrudnia się przede wszystkim atrakcyjnych atakujących, powstała nierównowaga.

 

Poziom napastników i graczy ofensywnych jest wysoki, a obrońców beznadziejny. Messi ten brak równowagi uwypukla jak nikt dotąd. Ale wątpliwe, aby to się szybko zmieniło, bo przecież o to chodzi żeby było szybko, widowiskowo i efektownie.

 

Ważniejsze, że na przaśnym jak na warunki amerykańskie stadioniku Interu zaczęły pojawiać się takie gwiazdy jak Kim Kardashian, LeBron James, Serena Williams, Camila Cabello, Rick Ross czy Marc Anthony.

 

Stadion DRV PNK nagle stał się takim miejscem dla celebrytów jak nie przemierzając Madison Square Garden. Jednym zdaniem: MLS staje się cool.

 

Messi do Stanów Zjednoczonych nie pasuje tylko w jednym aspekcie: za mało gada. A właściwie nie mówi wcale. Z drugiej strony daje radość na boisku i sam się dobrze bawi.

 

W przeciwieństwie do ostatnich dwóch lat spędzonych w Paryżu. Efektownie ujął to Brian Philips z „The Ringer”: „Messi nosił strój PSG jak zestresowany bankier w garniturze w metrze, a w Interze przywdział radosny róż, jak sportowy prawnik z Południa, który patrzy na stół z ostrygami na przyjęciu weselnym”.

 

Dobrze widzieć Leo uśmiechniętego od ucha do ucha, który dobrze się bawi, ale jak zauważa argentyński portal „Infobae” dzięki grze w tak przeciętnej lidze, jaką jest MLS, Leo jeszcze długo będzie śrubował swoje rekordy.

 

Wygrany właśnie Puchar Ligi to pierwszy turniej, w którym biorąc pod uwagę fazę grupową i play-off Leo strzelił gole w każdym meczu. Bardzo bliski był tego podczas mundialu w Katarze, gdzie nie zdobył bramki tylko w jednym meczu. Z Polską. Rzut karny w jego wykonaniu obronił wówczas Wojciech Szczęsny.

Cezary Kowalski/Polsat Sport
Przejdź na Polsatsport.pl

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Przeczytaj koniecznie