Legia Warszawa i Raków Częstochowa grają godnie, wstydzić się trzeba jedynie boiska w Sosnowcu

Piłka nożna
Legia Warszawa i Raków Częstochowa grają godnie, wstydzić się trzeba jedynie boiska w Sosnowcu
fot. PAP
Raków Częstochowa rozgrywa mecze fazy grupowej Ligi Europy w Sosnowcu.

Nasze drużyny nie przynoszą wstydu w europejskich pucharach późną jesienią, w fazach grupowych. Raz na jakiś czas są w stanie ograć drużynę klasy Aston Villi (Legia Warszawa) albo zremisować ze Sportingiem Lizbona (Raków Częstochowa). Abstrahując od stylu, miejsca rozgrywania spotkań, sytuacji wyjściowej w tabeli postęp jest wyraźny. Mistrz i wicemistrz Polski prezentują się godnie i podbijają swoją wartość.

Zwycięstwo Legii w Mostarze ma swoja wymowę, bo po trzech kolejach daje pierwsze miejsce tabeli grupy Ligi Konferencji i naprawdę realną szansę awansu. Ograny na wyjeździe zespół Zrijnski to może nie jest europejska czołówka, ale w piłkę grać potrafi, czemu dał wyraz zwyciężając Alkmaar w pierwszej kolejce i przegrywając minimalnie z Aston Villą w Birmingham 0:1.

 

ZOBACZ TAKŻE: Polska już przed Chorwacją! "Legia i Raków pokazały, że idziemy w dobrym kierunku"

 

Poza tym legioniści dokonali tego po czterech kolejnych porażkach (trzech w lidze i jednej z Alkmaar), chwile po dramatycznej klęsce ze Śląskiem we Wrocławiu (0:4). Nie był to oczywiście pasjonujący futbol, a bramka wyrównująca padła po strzale samobójczym, ale jednak drużyna Kosty Runjaica podniosła się w kluczowym momencie. Sam trener też zdał egzamin, bo naprawdę zaryzykował stawiając na mocno alternatywny skład z Blażem Kramerem w ataku, Dominikiem Hładunem w bramce czy Juergenem Calhaką w pomocy, co było dużą kontrowersją. Okazało się, że Niemiec trafił w dziesiątkę. Kramer strzelił pięknego zwycięskiego gola. Wydaje się, że nie ma takiej możliwości, aby taka chwila nie wzmocniła drużyny mentalnie przed decydującą rozgrywką.

 

A Legii poza wyjazdem do Anglii pozostaną mecze u siebie ze Zrinjskim i Alkmaar. Paliwo do tego, aby zareklamować to jako wielkie piłkarskie wydarzenie w stolicy Polski, znów wyprzedać stadion, wypromować się i zaliczyć ogromny przychód z dni meczowych, jest już zatankowane.

 

I powtórzę: to bardzo dobrze, że w tym momencie Legia stawia na rywalizację europejską, być może kosztem tej w Ekstraklasie. Bo to tutaj, nawet na tym trzecim pułapie jaką jest Liga Konferencji są prawdziwe rzeczy do wygrania. Pieniądze, pozycja w rankingu, umiejętność prezentowania się na arenie międzynarodowej, prawdziwy sportowy postęp...

 

Nawet jeśli wszyscy zaprzeczają stopniowaniu rozgrywek, to widać przecież gołym okiem, że legioniści więcej dają z siebie w pucharach. Być może nawet podświadomie. Ale to jest zdrowy instynkt. Na ewentualne odrobienie strat w ESA będzie jeszcze sporo czasu. Zresztą strata do lidera wynosi obecnie sześć punktów, przy dwóch meczach mniej rozegranych przez wicemistrzów Polski. Nie ma dramatu, a jest moment, aby wykorzystać ten zwrot w Mostarze i znów się poderwać (na początku sezonu Legia nie tylko wygrywała, ale prezentowała się bardzo efektownie).

 

Raków grający na wyższym pułapie, bo w Lidze Europy, jest w nieporównywalnie trudniejszej sytuacji (po trzech meczach tylko jeden punkt), ale jednak remis z takim rywalem jak słynny zespół z Lizbony to nie jest zły wynik.

 

Owszem, skoro już na początku meczu najlepszy napastnik rywala dostał czerwoną kartkę, to trzeba było ten mecz próbować wygrać, ale… to Sporting przez długi czas prowadził i Raków był bezradny. Dopiero gdy padał bramka wyrównująca (zdobył ją wyśmiewany zwykle rezerwowy Fabian Piasecki), Sporting pękł fizycznie i naprawdę niewiele brakowało Rakowowi do sukcesu. Jasne, że umiejętności indywidualne były po stronie Portugalczyków i widać było to gołym okiem. Śmiem jednak twierdzić, że na normalnej równej nawierzchni piłkarze z Częstochowy nie podawali by aż tak niecelnie aż tak wiele razy. Nie straciliby aż tak wiele czasu.

 

W Sosnowcu, gdzie odbywał się mecz, kiks gonił kiks. Piłkarze ślizgali się przy każdym zagraniu, wyrywając kępy trawy. To boisko po prostu nie nadawało się do gry. Z różnych powodów (podobno tajemniczy grzyb miał zaatakować murawę nowiutkiego stadionu).

 

I to jest właśnie jedyny powód do wstydu. Nie warstwa sportowa, ale organizacyjna. Mistrz Polski wcale nie z prowincji, ale dużego pięknego miasta, u siebie nie dysponuje odpowiednimi trybunami, aby występować w lidze Europy, a na stadionie wynajętym kilkadziesiąt kilometrów dalej, nie da się normalnie grać w piłkę.

Cezary Kowalski/Polsat Sport
Przejdź na Polsatsport.pl

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Przeczytaj koniecznie