Klub PlusLigi ogłosił bankructwo. Gwiazdy zostały "na lodzie"

Siatkówka

Cóż to był za projekt! Miał on wprowadzić nową świeżość na polskiej arenie siatkarskiej. Gigant okazał się mieć jednak gliniane nogi. Mowa o Stoczni Szczecin, która tak samo spektakularnie zbudowana "potęgę" klubu, co równie spektakularnie zanotowała upadek. Właśnie mija pięć lat od czarnego rozdziału w dziejach PlusLigi.

Czas robi swoje i obecnie mało kto wraca pamiecią do takich wydarzeń, które niekoniecznie dobrze się kojarzą. A przecież rozdział PlusLigi pod nazwą "Stocznia Szczecin" przywołuje na myśl jedynie negatywne konotacje.

 

W północno-zachodniej części kraju postanowiono przebojem przedrzeć się do ścisłej czołówki ligowej. To, co na przestrzeni kilku tygodni oraz miesięcy działo się w Szczecinie robiło wrażenie na każdym. Zbudowano bowiem drużynę, która miała nie tylko dominować w PlusLidze, ale i w krótkim odstępie czasu walczyć o najwyższe cele w Europie. Ściągnięto bowiem wielkie gwiazdy w postaci Bartosza Kurka, Mateja Kazijskiego, Łukasza Żygadły, Nicholasa Hoaga, Simona van de Voorde czy Nikołaja Penczewa. Do tego dyrektorem sportowym mianowano samego Radostina Stojczewa - twórcę potęgi Trentino Volley, z którym jako trener seryjnie wygrywał Ligę Mistrzów.

 

Sezon zaczął się faktycznie wyśmienicie. W pierwszych czterech kolejkach Stocznia odniosła trzy zwycięstwa - wszystkie bez straty seta. Jeszcze 3 listopada szczecinianie rozgromili na wyjeździe Cuprum Lubin, w drugiej odsłonie pozwalając gospodarzom na zdobycie zaledwie... dziesięciu punktów.

 

ZOBACZ TAKŻE: Geneza upadku AZS-u Częstochowa. Reportaż

 

Ale już wtedy w mediach zaczęły pojawiać się niepokojące doniesienia, że Stocznia ma duże problemy finansowe. Jako pierwsi donosili o tym dziennikarze Polsatu Sport, co potem potwierdził sam dyrektor generalny klubu, Krzysztof Śmigiel w rozmowie z "Super Expressem".

 

- Rzeczywiście, mamy miesięczne zaległości w wypłatach, ale lada dzień je wyrównamy. To nic strasznego, taki poślizg może się zdarzyć każdemu, szczególnie na etapie tworzenia tak dużego projektu w tak krótkim czasie - przekonywał.

 

Jak pokazała historia, powyższe słowa okazały się nieprawdą. Wręcz przeciwnie, studnia z długami zaczęła się jedynie pogłębiać, a wpadający w nią działacze Stoczni nie mieli już w pewnym momencie szans na wydostanie się z niej. Klub tonął na oczach siatkarskiej Polski. Coraz częściej mówiło się o kompromitacji i wstydzie wizerunkowym nie tylko dla samej Stoczni, ale i dla PlusLigi.

 

Mało kto jednak spodziewał się, że może nadejść tak czarny scenariusz jak wycofanie się z rozgrywek. Tego nikt sobie nie wyobrażał. Pierwotnie podejrzewano, że klub po prostu postawi na wariant oszczędnościowy, wedle którego rozstanie się z największymi gwiazdami, obciążającymi budżet, a w zamian postawi na ambitną młodzież. Oczywiście momentalnie z kandydata do medalu stałby się outsiderem rozgrywek, ale w międzyczasie można byłoby stworzyć plan naprawy sytuacji finansowej klubu.

 

W taki scenariusz wierzyli kibice nie tylko Stoczni. Pod koniec listopada z klubu zaczął się exodus. Zawodnikiem szczecińskiego zespołu przestał być Kurek, który niedługo później trafił do Onico Warszawa. W ślad za nim poszły inne gwiazdy, które rozwiązały kontrakt ze Stocznią.

 

W mocny słowach na temat sytuacji w klubie wypowiedział się Żygadło, któremu w pewnym momencie puściły nerwy.

 

- Nie jest tak, jak powinno być. Zaufałem zapewnieniom i idei Stoczni, która była ciekawa. Czuję się zażenowany i jest mi bardzo przykro. Czuję się oszukany, co można więcej powiedzieć. Wciąż zadaję pytanie: jak można było dopuścić do takiej sytuacji. Mając taki projekt w ręku, jak można było go nie wykorzystać? Moim zdaniem zawsze jest wyjście z sytuacji. To nie jest kwestia tylko pieniędzy. Pewne osoby powinny o to powalczyć. Wszyscy na tym tracą. My siatkarze, miasto, kraj, siatkówka na tym traci - powiedział.

 

Siatkarze musieli szukać sobie innych klubów. Stocznia jeszcze przez jakiś czas funkcjonowała. Na mecze jeździła w kadłubowym składzie, bez pełnej kadry zawodniczej. Ale jak Titanic, mozolnie zanurzała się aż w końcu opadła na dno.

 

- Według mnie nadszarpnięty został wizerunek nie tylko Stoczni, ale całej ligi. Mówi się o tym w środowisku menadżerów, we Włoszech, gdzie okrzyknięto Stocznię przyszłym mistrzem Polski. Ten zespół za trzy lata miał wygrać Ligę Mistrzów. Kto zapłaci zawodnikom za to, co stracili? - grzmiał ówczesny prezes Grupy Azoty ZAKSY Kędzierzyn-Koźle, Sebastian Świderski.

 

Długo trwało jeszcze przerzucanie winy i szukanie osób odpowiedzialnych za upadek. Klub obwiniał m.in. włodarzy miasta, które stanowczo odpowiedziały na takie zarzuty.

 

"Miasto nie może wziąć odpowiedzialności za zbyt wygórowane ambicje poszczególnych działaczy" - brzmiała część oświadczenia magistratu.

 

Ostatecznie Stocznia nie dotrwała nawet do końca 2018 roku. Jej wyniki zostały anulowane. Klub oficjalnie wycofał się z rozgrywek 13 grudnia.

Krystian Natoński/Polsat Sport
Przejdź na Polsatsport.pl

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Przeczytaj koniecznie