Iwanow: Kasa pełniejsza, kadra skromniejsza

„Hype” wokół transferu Oskara Pietuszewskiego do FC Porto jest zrozumiały. Niecodziennie zdarza się, że tak renomowany klub wydaje prawie 10 milionów euro za nastolatka z Polski, który w Ekstraklasie rozegrał 32 mecze, a w europejskich pucharach „aż” 16, ale za to nie zapisał w nich żadnej asysty i żadnego gola.

Czterech piłkarzy na boisku, jeden z nich świętuje z podniesionymi rękami.
fot. Cyfrasport

Latem AS Roma sięgnęła po Jana Ziółkowskiego z Legii Warszawa, który w naszej lidze rozegrał jeszcze mniej meczów niż wychowanek „Jagi”. Kosztował prawie dwa razy mniej, lecz wiadomo – to obrońca. Istotniejsze jest bardziej to, jak transferowa sytuacja dynamicznie się zmienia. Że niezłe europejskie kluby drenują nasz wewnętrzny rynek, wydając tak grube pieniądze za piłkarzy z tak niewielką liczbą spotkań. Nie tak dawno trzeba było mieć poważniejszy mandat doświadczeń, by trafiać do Wolfsburga, Augsburga, Brugii czy Brighton. Choć gwarancji żadnej – tak po prawdzie - pokaźniejszy dorobek też nie dawał.

 

Trenerzy promujący takie „perełki” mogą czuć satysfakcję, ale z drugiej strony jest to uśmiech połączony z zafrasowaniem. Jasne, że zawsze będziemy z radością sprzedawać, ale jaką część zarobionych kwot będziemy przeznaczać na zasypywanie luk powstałych po wychodzących transferach? Lech jest w stanie uzupełniać kadrę swoimi „produktami”. W Białymstoku w kolejce czekają Sławomir Abramowicz, Bartosz Mazurek, może też Dawid Drachal. Legia zarobione pieniądze wydała, lecz w wielu przypadkach się pomyliła.

 

Jagiellonia w tym zacnym gronie (zaliczyć do niego należy też Raków Częstochowa i coraz mocniej rozpychający się Widzew) ma najskromniejsze możliwości, ale sprzedaje w ostatnim czasie sporo. Adrian Siemieniec nie tylko „ulepił” Pietuszewskiego czy młodzieńców wspomnianych, ale i wcześniej Bartłomieja Wdowika, Dominika Marczuka czy sprzedanego do Lecha Mateusza Skrzypczaka. Zawsze powtarzam, że w piłce, w ocenie pracy szkoleniowca, liczą się nie tylko wyniki, ale też liczba piłkarzy, których dany trener ukształtował, rozwinął i wypromował. Gdy oni odchodzą, szkoleniowiec pozbawia się jednak swoich najważniejszych narzędzi. Czy przy potencjalnym gorszym sezonie powinno się go gorzej oceniać?

 

Gdy pojawiła się informacja, że Adrian Siemieniec związał się z agencją menedżerską SEG, mogła zapalić się lampka. Trener ma prawo do takiego ruchu i nie oznacza to wcale, że zamierza już „uciekać”. Jednak w Polsce nikt nie będzie Fergusonem w Manchesterze ani Wengerem w Arsenalu – nie licząc Tomasza Tułacza. Siemieniec wśród trenerów w Ekstraklasie ma w tej chwili najdłuższy staż. Za trzy miesiące miną trzy lata odkąd pracuje dla „Dumy Podlasia”. Pomijając Puchar Polski zrobił w tym czasie zdecydowanie więcej niż ktokolwiek by oczekiwał.

 

Klub przeżył najpiękniejszy czas, do tego zgadza się kasa. Wyjść z naszej ligi – z polskim paszportem – na Zachód to niełatwa sprawa. Czy Siemieniec jest w stanie znaleźć w Polsce lepsze miejsce do pracy niż „Jaga”? Legia – zajęta przez Marka Papszuna. Lech? Tu można by się zastanowić, ale w „Kolejorzu” często celują w zagraniczne nazwiska. Raków? Widzew? To moim zdaniem nie jest „lep” na Siemieńca.

 

Być może dlatego mocna agencja przy jego nazwisku pojawiła się właśnie teraz.

Przejdź na Polsatsport.pl

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Przeczytaj koniecznie