Semirunnij zły na siebie. "Wydawało mu się, że coś zrobił nie tak"
- Po złotym medalu Wojtka Fortuny w 1972 roku w Sapporo czekaliśmy 30 lat na kolejny. Teraz mamy już dwa, a jeszcze może coś wpadnie. Ten drugi cieszy mnie o tyle, że Władek Semirunnij był mocnym kandydatem do medalu i poradził sobie z presją – analizuje Andrzej Person, ekspert Polsatu Sport.

- Powiedziałem, że będzie drugi medal dla Polski – przywitał nas Andrzej Person.
Dariusz Ostafiński, Polsat Sport: Miało być złoto.
Person: O złotym nic nie mówiłem. Powiedziałem tylko, że Władek jest pewniakiem, że on na pewno coś przywiezie. No i mamy to.
Niedosyt chyba jednak jest.
Żadnego. Wyniki, jakie Polak osiągał przed igrzyskami, dawały nadzieje na podium, ale nie na wygraną. Inna sprawa, że Władek kręcił nosem, nie był zadowolony.
U niego oglądaliśmy całą huśtawkę nastrojów. W pewnym momencie nie był pewny, czy cokolwiek zdobędzie. Był zły na siebie.
Bał się, ale to przez ten lód. Ja nie jestem specjalistą, ale faktycznie było z tym lodem coś nie tak. Praktycznie każdy z zawodników miał problemy tak od połowy dystansu. Widać to było po czasach. Zresztą, o czym my tu mówimy, rekordzista świata był poza piątką.
Swoją drogą to przewaga, z jaką Polak wygrał swoją rundę, była imponująca.
A ten Holender, co jechał z Władkiem, zdobył brąz. A jechał daleko za jego plecami. Wtedy to nam się wydawało, że sprawa jest załatwiona, ale drżeliśmy do końca. Ta ostatnia para napędziła nam stracha, bo mocno zaczęła i w pewnym momencie Władek był nawet czwarty. Jednak oni też w końcu przegrali nierówną walkę z lodem. Tak sobie myślę, że Siemirunnij dopiero wtedy docenił to, co zrobił. Celował w wynik na poziomie rekordu, a kiedy nie wyszło, to wydawało mu się, że coś zrobił nie tak. Potem doszło do niego, że lód był trudny, że więcej chyba nie dało się zrobić.
Był gotowy na złoto, nauczył się nawet hymnu.
To mu się ceni. W ogóle to jest solidny chłopak. Z jednej strony dowcipny, ale poważny i odpowiedzialny. I naprawdę bardzo się cieszę z tego, że wygraliśmy ten przetarg o niego. Bo teraz słyszę, że chętnych na Władka było sporo. Całkiem długa kolejka. Wielu wiedziało, że to ogromny talent. Jako junior startował jeszcze w reprezentacji Rosji. Także dobrze się stało, że trener Abratkiewicz go przekonał. No i że udało się przekonać kancelarię prezydenta, bo w tych czasach trudno o polski paszport dla uchodźcy z Rosji. Zresztą słusznie, że nie rozdajemy naszego obywatelstwa na lewo i na prawo, bo różnie bywa.
Dobrze się jednak stało.
Tak, a z informacji, jakie do mnie docierają, wynika, że Władek dobrze zaaklimatyzował się w Tomaszowie, że znalazł u nas ten drugi dom. W Pilicy ma dobre warunki do trenowania i pomaga też w podnoszeniu poziomu u innych naszych zawodników. Jest życzliwy, pomocny, skromny.
I nienasycony.
No tak. Trochę czasu potrzebował, żeby zrozumieć, że jednak osiągnął sukces.
Jeszcze pojedzie na 1500 metrów, ale jego trener nie mówi o medalowej szansie. Obiecuje za to więcej medali za cztery lata.
Szkoda, że nie pojechał na pięć tysięcy metrów. Miał jednak za mało czasu, żeby się zakwalifikować i spełnić te wszystkie normy. A to, że za cztery lata może być lepiej, to bardzo prawdopodobne. Choć ja już teraz jestem pełen podziwu, bo ten dystans 10 kilometrów jest straszliwy. I widać był, jak on jest wyczerpany. À propos tego co za cztery lata, to mnie by się marzył rozwój łyżwiarstwa w Polsce. Jest atmosfera, buduje się tor w Zakopanem i choć Tomaszów jest fantastyczny, to takie akcje mają sens.
Mamy drugi medal. Coś jeszcze możemy na tych igrzyskach zdobyć?
Po złotym medalu Wojtka Fortuny w 1972 roku w Sapporo czekaliśmy 30 lat na kolejny. Teraz mamy już dwa, a jeszcze może coś wpadnie. Może jeszcze jeden w skokach, może Damian Żurek w łyżwiarstwie na dystansie 500 metrów. Na więcej chyba nie ma szans. Król-Walas przepadła, sztafeta w short-tracku też, więc tylko to nam zostało.
Przejdź na Polsatsport.pl
