Zdradzili kulisy sukcesu Semirunnija. "Zaufaliśmy mu"

Zimowe

Prezes Polskiego Związku Łyżwiarstwa Szybkiego Rafał Tataruch i dyrektor sportowy Konrad Niedźwiedzki o srebrnym medaliście olimpijskim na 10 000 m Władimirze Semirunniju mówią: "nasz Władziu", "swój chłop", "nasz człowiek". Sam sportowiec, który uciekł z Rosji, zapewnia, że Polska jest jego domem.

Łyżwiarz szybki w stroju reprezentacji Polski podczas jazdy na lodowisku.
fot: PAP
Władimir Semirunnij

Polskie obywatelstwo Semirunnij ma od sierpnia ubiegłego roku, ale cały proces zmiany barw zaczął się dwa lata wcześniej, ok. półtora roku po rozpoczęciu inwazji Rosji na Ukrainę.

 

- Napisał do mnie latem 2023 roku, rozmawialiśmy o tym, czego on oczekuje, jak wygląda sytuacja z naszej strony, i rozpoczęliśmy procedurę poprzez PZŁS i zarząd, później przez ministerstwo. Kiedy wszystko było już wyjaśnione, został zgłoszony jako sparingpartner i finalnie jako reprezentant Polski - relacjonował Niedźwiedzki.

 

ZOBACZ TAKŻE: Radość w polskim obozie po medalu Semirunnija. "W pełni na niego zasłużył"

 

Kolejne przeszkody, które trzeba było pokonać, bardziej szczegółowo wyliczył Tataruch. W proces zaangażowana była też m.in. Międzynarodowa Unia Łyżwiarska (ISU).

 

- To jest młody Rosjanin, który uciekł od wcielenia do armii, bo on tam dostał bilet do wojska. To był bardzo trudny temat, więc chcieliśmy pomóc, tym bardziej że to był człowiek, który już w tak młodym wieku miał jakieś sukcesy na arenie światowej. Rozpoczęliśmy całą procedurę. Rosyjska Federacja Łyżwiarska w ogóle nie odpowiadała na nasze prośby i pytania. Dopiero interwencja wyższej instancji, czyli Międzynarodowej Unii Łyżwiarskiej, spowodowała, że Rosjanie dostali ultimatum: albo odpowiedzą Polakom, albo w określonym momencie Władek zmieni barwy narodowe. W końcu odpowiedzieli i podali datę tego przejścia. Potem kolejne etapy: zgoda ISU na starty w Pucharze Świata, mistrzostwach Europy, mistrzostwach świata, bo tam nie trzeba mieć obywatelstwa - opowiadał.

 

Dodał, że gdy do PZŁS dotarł list Semirunnija, decyzja, jak na niego zareagować, nie była oczywista i nie zapadła od razu.

 

- Zastanawialiśmy się, co z tym zrobić, czy jesteśmy w stanie, czy warto. Zaufaliśmy mu. Przyjęliśmy go, chcieliśmy go sprawdzić, zobaczyć, jak się będzie zachowywał. Pamiętam odbiór go z Dworca Wschodniego, z autobusu, przez Obwód Kaliningradzki. Jeszcze wtedy była w miarę dobra komunikacja do Polski. Udało się go zawieźć do Tomaszowa Mazowieckiego, gdzie ma swoją ostoję. Tam mieszka, tam trenuje - relacjonował.

 

Semirunnij urzekł go także tym, że szybko i chętnie zaczął się uczyć polskiego hymnu. Jego zdaniem młody sportowiec już wtedy wiedział, że to mu się kiedyś przyda.

 

Niedźwiedzki nie ukrywał radości, że po tych wszystkich przejściach zarówno Semirunnij, jak i cały PZŁS, mają w końcu powody do zadowolenia.

 

- Przeszliśmy sporo nerwowych chwil, niektóre były bardzo stresujące, to wszystko trwało. Cieszę się, że to się zakończyło happy endem, że tyle ludzi z ministerstwa, z kancelarii prezydenta pomogło. Władimir się odwdzięczył - stwierdził.

 

- Nie mamy wpływu na to, gdzie się rodzimy. Robimy wszystko, żeby robić to, co kochamy, szukamy swojej pasji. On znalazł swoją, był to sport. Chciał się realizować, chciał normalnie funkcjonować i tę normalność znalazł u nas. W paszporcie ma miejsce urodzenia poza Polską, ale tutaj mieszka, jest w polskim klubie, ma polską dziewczynę, mówi po polsku, miał wyuczony hymn, zresztą śpiewał go też w Tomaszowie - przypomniał dyrektor sportowy PZŁS.

PAP
Przejdź na Polsatsport.pl

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Przeczytaj koniecznie