Polka podkreśliła, że pojedynek ze Słowaczką był niezwykle wyrównany. "Każdy kolejny set był lepszy. Oczywiście, miałam szansę z piłką meczową, ale to jest zawsze równe: jeden taki mecz się wygrywa, inny przegrywa. Obie gramy dość regularnie i solidnie z końcowej linii. Myślę, że to właśnie to sprawia, że nasze mecze są dość trudne, długie i zacięte" - tłumaczyła, dodając, że jest "wykończona i zła, że mogło się skończyć inaczej".

Kiedy jedna z dziennikarek spytała, czy jest dla niej pocieszeniem fakt, że wtorkowy mecz jest uznawany za jeden z najlepszych w tym sezonie pojedynków w kobiecym tenisie, Radwańska podkreśliła jedna, że to dla niej za mało.

"W tego typu meczu liczy się każdy punkt i każdy gem. Miałam pewne okazje, goniłam wynik, wszystko się zmieniało. Ale nie sądzę, żeby był jakiś jeden konkretny moment, który mógł zmienić losy meczu. Zawsze piłka meczowa jest taką możliwością, ale cóż, nie udało mi się jej wykorzystać" - mówiła, dodając, że "czas goi rany; w sporcie chyba też".

Krakowianka żartowała jednak, że nie zamierza trzymać w sobie urazy i gdyby otrzymała od Cibulkovej zaproszenie na ślub - zaplanowany na najbliższą sobotę, w dniu finału Wimbledonu, w Bratysławie - to by je przyjęła. "Daleko nie mam" - żartowała.

Radwańska odniosła się też do wielkoszlemowej tradycji nierozgrywania tie-breaków w decydującym secie, co prowadzi do wyjątkowo długich meczów.

"Trawiasta nawierzchnia jest szczególnie trudna do grania. Widzimy naprawdę długie mecze, szczególnie wśród mężczyzn. Nie miałabym nic przeciwko temu, żebyśmy grali tie-breaka, tak jak na wszystkich innych turniejach" - powiedziała.

Rozstawiona z "trójką" Radwańska przegrała z Cibulkovą (19.) 3:6, 7:5, 7:9.