Adrian Janiuk: Debiut w nowej drużynie miał Pan wręcz koncertowy. Mecz z Legią i to na jej terenie „Kolejorz” wygrał aż 4:1. Czego można chcieć więcej?

 

Maciej Makuszewski: Mój pierwszy mecz był bardzo udany dla mnie, ale najważniejsze, że dla drużyny również. Zdobyliśmy Superpuchar Polski, więc do pełni szczęścia nic więcej tego dnia nie potrzebowaliśmy (śmiech). Okazała wygrana oraz gol strzelony z rzutu wolnego niezwykle cieszyły, ale to już historia. Jednak, żeby nie było tak kolorowo w meczu na Łazienkowskiej nabawiłem się urazu kolana. Kontuzja wykluczyła mnie ze spotkania we Wrocławiu rozgrywanego w ramach 1. kolejki Ekstraklasy.

 

Jest szansa na występ w meczu z Zagłębiem Lubin? To byłby z kolei debiut przez poznańską publicznością.

 

Na szczęście wszystko wskazuje na to, że będę mógł wystąpić przeciwko „Miedziowym”. Zapewniam, że nie chcę poprzestać na dobrym meczu przeciwko Legii. Chcę potwierdzić wysoką formę nie tylko w starciu z Zagłębiem, ale także w kolejnych potyczkach. Bardzo ważne jest, żebyśmy dobrze weszli w sezon. Pierwsze mecze są istotne, a po bezbramkowym remisie ze Śląskiem liczymy na komplet punktów w niedzielnym spotkaniu. Poprzedni sezon pokazał, że kto pogubi punkty na starcie będzie miał bardzo ciężko, żeby odrobić straty do czołówki. Tak było m.in. w przypadku właśnie Lecha. Zrobię wszystko, żeby drużyna ze mną na pokładzie nie popełniła już tego błędu.

 

Zdążył Pan poznać trenera Jana Urbana? Jaki jest to typ szkoleniowca?

 

Trener Urban jest pozytywnym człowiekiem. Grał i pracował w Hiszpanii, dlatego stara się nam przekazać optymistyczny sposób myślenia. Nakręca i jak ja to mówię „pompuje” młodych piłkarzy. Już za czasów pracy w Legii słynął z tego, że stawiał na młodzież. Maciej Rybus oraz Ariel Borysiuk, z którym jestem w stałym kontakcie wypłynęli na szerokie wody właśnie przy trenerze Urbanie. Cieszę się, że będę miał okazję dłużej popracować pod okiem tego szkoleniowca.

 

Przed Pana wyjazdem do Portugalii dużo mówiło się o zainteresowaniu ze strony Legii Warszawa. Jednak mistrzowie Polski musieli obejść się smakiem, a im raczej mało kto odmawia. Pan nie chciał trafić na Łazienkowską czy inne czynniki o tym zadecydowały?

 

Nie jest żadną tajemnicą, że zainteresowanie ze strony Legii było. Jednak w tamtym momencie zabrakło konkretów i negocjacje utkwiły w martwym punkcie. Dłuższe przeciąganie liny nie miało sensu. Byłem czołowym zawodnikiem Lechii i wówczas pojawiło się zainteresowanie z Vitorii Setubal. Tę drużynę prowadził Quim Machado, który wyrobił sobie pozytywną opinię na mój temat podczas pracy w Gdańsku. Szkoleniowiec namawiał na transfer. Uznałem, że to ciekawy kierunek i wyjechałem do Portugalii.


Półroczny pobyt w lidze portugalskiej uznaje Pan za niewypał czy mimo wszystko warto było wyjechać na Półwysep Iberyjski?

 

Jeżeli chodzi o wyniki to nie było za dobrze, ale sam wyjazd dużo mi dał. Vitoria Setubal miała potencjał na zajęcie miejsca 6-10, ale ostatecznie musieliśmy bronić się przed spadkiem. Koniec końców utrzymaliśmy się w portugalskiej Ekstraklasie. Nie rozpatruje wyjazdu do Portugalii w kategoriach niewypału. W większości spotkań grałem w pierwszym składzie, więc Liga NOS mnie nie przerosła. Uważam, że zrobiłem postępy, ponieważ gra się tam szybciej niż u nas. Działacze i sztab szkoleniowy chcieli, żebym został i wypełnił cały okres wypożyczenia. W sezonie 2016/17 nadal miałem występować w barwach Vitorii, ale wolałem skorzystać z oferty Lecha. Chcę grać o trofea, a nie o środek tabeli w zagranicznej lidze. Wierzę, że mój nowy klub gwarantuje walkę o mistrzostwo kraju.

 

Seria Pana drużyny w Portugalii była delikatnie mówiąc niekorzystna. Na 14 meczów Vitoria przegrała aż dziewięć razy. Bilans uzupełnia pięć remisów. Trzeba zwrócić również uwagę, że między końcem stycznia, a połową maja klub z Setubal nie odniósł żadnego zwycięstwa.

 

Siedem z tych spotkań przegraliśmy jedną bramką. Na naszą obronę dodam jeszcze, że mistrzom Portugalii Benfice ulegliśmy na jej terenie 1:2. Z FC Porto u siebie przegraliśmy 0:1. Brutalnie pokonał nas z kolei Sporting oraz drużyna Pawła Kieszka - Estoril Praia. Lizbończycy rozbili nas aż 0:5, z kolei ekipa Pawła 0:3. Statystyki były bez wątpienia niekorzystne, ale w wielu momentach brakowało nam nieco szczęścia. Nie ma co ukrywać, że dla każdego piłkarza był to trudny okres. Tak samo dla mnie. Dlatego cieszę się, że debiut w Lechu był zwycięski. Naprawdę poczułem ulgę.

 

Transfer Pana do Portugalii był dość szeroko opisywany w tamtejszej prasie. Iberyjscy dziennikarze rozpisywali się, że będzie Pan realnym wzmocnieniem Vitorii. Do tego już odrobinę z przymrużeniem oka można było wyczytać, że pasował Pan do ligi obecnych mistrzów Europy również wzrostem oraz pod względem aparycji.

 

Słyszałem, że mam troszkę portugalską urodę, dlatego wmieszałem się w tłum (śmiech). Jestem bardzo zadowolony, że mogłem poznać ten piękny kraj. Sportowo mogliśmy więcej ugrać. Walka do samego końca o utrzymanie ligowego bytu była trudna. Koniec końców Vitoria została w elicie.

 

Co zaskoczyło Pana najbardziej podczas portugalskiej przygody?

 

Infrastruktura jest tam o wiele gorsza niż u nas. Większość stadionów w Portugalii jest przestarzała. Zdecydowana większość drużyn nie posiada boisk treningowych. Zaskakujące było to, że profesjonalne zespoły muszą trenować na głównej płycie. Przed wyjazdem nie do pomyślenia było, że niektóre stadiony  świecą pustkami. Ludzie żyją piłką na Półwyspie Iberyjskim, ale na ilość kibiców na stadionach się to nie przekłada. Owszem Sporting, Benfica czy Porto elektryzują i przyciągają fanów. Jednak łącznie pod względem frekwencji w Polsce jest lepiej.

 

Portugalia to Pana druga zagraniczna przygoda. Wychodzi Pan z założenie, że do trzech razy sztuka? Za jakiś czas znowu chciałby Pan spróbować swoich sił w innej lidze?

 

Nie wykluczam takiej możliwości, aczkolwiek jest za wcześnie, żeby myśleć o czymś takim. Jestem podekscytowany możliwością gry w Lechu. Każdy zawodnik z polskiej ligi chciałbym zagrać w tak dobrze zorganizowanym klubie.

 

Wciąż wiąże Pana kontrakt z Lechią Gdańsk aż do 2020 roku. Liczy Pan, ze roczne wypożyczenie do Lecha Poznań przerodzi się w coś więcej?

 

Żeby tak się stało, muszę spełnić oczekiwania. Wszystko jest w moich rękach. Gra dla Lecha to dla mnie olbrzymie wyzwanie. Jednak każdy kto mnie zna wie, że bardzo lubię wyzwania. Podejmę rękawice! Potrafię radzić sobie z presją, dlatego jestem dobrej myśli. Ona na pewno mnie nie przerośnie. 

 

Nie żal było opuszczać Lechię? Wielokrotnie Pan podkreślał, że w Gdańsku czuje się doskonale.

 

Bo to prawda, ale taki jest los piłkarza. Czasem trzeba zmienić otoczenie. Kto wie co będzie za rok? Dlatego póki co staram się o tym nie myśleć. Moje miejsce w tej chwili jest w Poznaniu i będę starał się przekonać do siebie wszystkich w stolicy Wielkopolski. Działacze, trenerzy oraz kibice z Bułgarskiej muszą wiedzieć, że jestem dobrym piłkarzem. Chce im to udowodnić!

 

Z Lecha może mieć Pan bliżej do kadry niż z Lechii?

 

Nie wiem, czy będzie bliżej, ale na powołanie do reprezentacji trzeba sobie zasłużyć. W Lechii grają reprezentanci Polski, więc gdybym wcześniej zasłużył na nominację to selekcjoner Nawałka wysłałby ją również do mnie. W drużynie Lecha występują reprezentanci wielu krajów. Liczę, że będę potrafił wspiąć się na wyżyny swoich umiejętności i trener będzie brał mnie pod uwagę. Najstarszy jeszcze nie jestem, dlatego wciąż liczę na debiut w dorosłej reprezentacji. Może kiedyś uda się spełnić to marzenie.