Podnoszenie ciężarów od dawna cieszy się złą opinią. Doping farmakologiczny to wprawdzie zmora nie tylko tej dyscypliny, ale to siłacze najczęściej są na cenzurowanym. Polacy też mają w tym swój udział. Dyskwalifikacja braci, Adriana i Tomasza Zielińskich i wyrzucenie ich z wioski olimpijskiej w Rio de Janeiro, wraz z trenerem, też znajdzie swoje miejsce w historii czarnych wydarzeń związanych z rywalizacją sztangistów.

 

Ale walka o medale toczyła się od początku do końca swoim rytmem. Bito rekordy świata, i to te z długą brodą (Kazach Nijat Rachimow w kat. 77 kg podrzucił 214 kg i poprawił o 4 kg ten należący od 2001 r do Rosjanina Oliega Pieriepieczienowa), radowano się jak zwykle ze zwycięstw i opłakiwano porażki.

 

Jeśli ktoś myślał, że polowanie na mistrzów wpłynie na sportowy poziom olimpijskiej rywalizacji, to był w błędzie. Widać inne nacje mają swoje, skuteczne sposoby na wzmacnianie swoich siłaczy. W wadze superciężkiej (plus 105 kg) trzech zawodników uzyskało w rwaniu ponad 200 kg. Wygrał z nowym rekordem świata (216 kg) Irańczyk Bahdad Salimi, przed młodym, 23 letnim Gruzinem Łaszą Tałachadze (215 kg) i Ormianinem, Gorem Minasjanem (210). Jak żyję takiego konkursu nie widziałem, choć piszę i komentuje zmagania siłaczy ponad trzydzieści lat.

 

Nawet na sławetnych igrzyskach dla krajów socjalistycznych w 1984 roku w Warnie, gdzie kontrola dopingowa była fikcją, wielki Aleksander Kurłowicz (dwukrotny mistrz olimpijski) wyrwał „tylko” 212,5 kg. Tu w Rio, choć oczka sieci w którą mają wpadać dopingowicze, są ponoć bardzo małe, dźwigano jak w kosmosie. Ale tylko w rwaniu. Podrzut to już była inna bajka.

 

Prawdopodobnie, gdyby startował Rosjanin Aleksander Łowczew, który jesienią ubiegłego roku bił rekordy podczas mistrzostw świata w Houston, rywalizacja wyglądałaby inaczej. Ale Łowczew, jak się okazało, posiłkował się wtedy hormonem wzrostu, co jakiś czas później wykryto, więc rekordy anulowano, a oszusta zdyskwalifikowano na cztery lata.

 

Na pomoście w Rio w tej sytuacji królował Gruzin Tałachadze, który podrzucając 258 kg pobił stary rekord Irańczyka Hosseina Rezazadeha  w dwuboju (472 kg) o kilogram. Były dwukrotny mistrz olimpijski, dziś prezes rodzimej federacji podnoszenia ciężarów przeżył tego dnia jeszcze jedno wielkie rozczarowanie. Jego sławny już rodak, Salimi, choć ustanowił w rwaniu rekord świata, wraca do Iranu bez medalu, bo nie zaliczono mu żadnej próby w podrzucie. Trzykrotnie spalił 245 kg, choć w jednym przypadku sędziowie uznali, że ciężar został podniesiony prawidłowo. Chwilę później jury zmieniło werdykt, co trudno zrozumieć. Gdyby werdykt był niejednomyślny, to zgoda, ale gdy jest jednogłośny? Takie są jednak chore przepisy tej federacji.

 

Potężny Bahdad Salimi ruszył więc wraz ze swoim trenerem w kierunku maleńkiego Tamasa Ajana, prezydenta Światowej Federacji Podnoszenia Ciężarów (IWF) i zrobiło się groźnie. Kiedy podeszli po jakimś czasie do niego raz jeszcze, specjalna jednostka wojska, z długą bronią, utworzyła kordon oddzielający publiczność od pomostu i oficjeli. Nic złego na szczęście się nie stało, ale powiało przez moment zupełnie innym światem.

 

O Polakach nic dobrego, niestety, napisać nie mogę. To był ich najgorszy występ na igrzyskach od niepamiętnych czasów. Przyleciało czterech, dwóch zdyskwalifikowano dwóch, jeden zajął siódme miejsce, a ten czwarty spalił podrzut. Jedna zawodniczka też nie ukończyła dwuboju. Gorzej być nie mogło, a do tego pozostał wstyd, który zapamiętany zostanie na długo.