Dobry zespół... ale nie Dream Team

NBA Basketball, organizacja zajmująca się występami koszykarskimi narodowej drużyny Stanów Zjednoczonych, przeszła w 2004 roku generalne przemeblowanie. Po fatalnych igrzyskach w Atenach (trzy porażki w turnieju, brązowy medal), odbyła się cała seria poważnych rozmów, by – jak to ujął Colangelo – „nie było więcej takich kompromitacji”. Trenerem został poważany przez wszystkich Mike Krzyżewski, Amerykanie wygrali trzy kolejne Igrzyska, nie mając sobie równych także w mistrzostwach świata. Wszystko w porządku? Niekoniecznie, bo kiedy Kevin Durant i jego koledzy odbierali złoto w Rio, Colangelo mówił dziennikarzom: „Jestem za tym, żeby podnosić poprzeczkę dla światowej koszykówki. Powinna wzbudzać zainteresowanie wszystkich, bo jest sportem numer 2 na świecie. Ale najpierw wszystkie pozostałe reprezentacje muszą się szybko pozbierać, podwyższyć swój poziom gry”.

Drużyna narodowa USA nie była w Rio „Dream Teamem”. To był solidny zespół złożony z bardzo dobrych graczy i jednej gwiazdy (Kevin Durant). W Brazylii nie było koszykarzy numer 1 (LeBron James) i 2 (Steph Curry) światowej koszykówki, nie pojechali do Rio - z różnych względów - James Harden, Russell Westbrook, Anthony Davis, Chris Paul czy Blake Griffin. Jak wyglądałyby mecze zespołu, który złoty medal wygrał różnicą 30 punktów, gdyby Krzyżewski miał do dyspozycji każdego z nich? Pomimo, że jego zespół  był  w Rio dwukrotnie mocno naciskany przez rywali (trzypunktowe zwycięstwa nad Serbią i Francją w fazie grupowej), działacze innych reprezentacji twierdzili, że Amerykanie powinni... trochę odpuszczać.

Powinniście grać 4 na 5...

Mówi Colangelo: „Jeden z działaczy  powiedział do mnie „Powinniście grać w czwórkę!”. Odparłem: „Nie, może raczej inne zespoły powinny zacząć wreszcie nawiązywać z nami równą grę”. Nie będę nikogo przepraszał za naszą dominację. Pomagamy światowej koszykówce przez 50 lat, nauczyliśmy świata tej gry. Nauczyliśmy trenerów. Popatrzcie na liczbę zagranicznych graczy w NBA czy zespołach uniwersyteckich. Chcemy podwyższenia poziomu!”.

W Stanach nie mówi się o powrocie do pomysłu wystawiania na igrzyska drużyny złożonej tylko z graczy uniwersyteckich. „Nie ma takiej opcji” – powiedział jeden z szefów Chicago Bulls. „To tak, jakby nie wysyłać na igrzyska Phelpsa czy Ledecky... bo są za dobrzy”. Wszystko wskazuje na to, że zespół przygotowywany na Tokio 2020, będzie nawet lepszy od tego w Rio. Nowy trener – uznawany za najwybitniejszego w NBA – Gregg Popovic, już dostał nieformalne zapewnienia gry od Jamesa, Curry’ego, Damiana Lillarda czy Kawhi Leonarda. Drużyna USA wygrała złoty medal w Rio, pokonując rywali przeciętną różnicą 22,5 punktów. To mniej więcej tak, jakby w turnieju piłkarskim, mistrz przeszedł turniej wygrywając w każdym meczu 4:0 lub więcej. Szansa na to, że apele Jerry Colangelo coś zmienią za cztery lata, jest niewielka.