Zacznijmy od tych, którzy na tym korzystają. Okazuje się, że można zająć na igrzyskach dziewiąte miejsce, nie być poddanym kontroli dopingowej i po latach zostać medalistą olimpijskim. Wystarczy, że sześciu wyżej sklasyfikowanych zawodników czy zawodniczek zostanie zdyskwalifikowanych.

 

Tak właśnie było w przypadku ciężarowca Tomasza Zielińskiego, reprezentującego Polskę na igrzyskach w Londynie (2012) w kategorii 94 kg. Jego starszy brat Adrian zdobył wtedy złoty medal w wadze do 85 kg. Pikanterii całej sprawie dodaje fakt, że obaj zostali złapani na stosowaniu niedozwolonych środków przed rozpoczęciem rywalizacji na ubiegłorocznych igrzyskach w Rio de Janeiro i w niesławie zmuszeni byli opuścić wioskę olimpijską.

 

W przypadku starszego z braci okazało się, że chodzi o próbkę pobraną jeszcze w Polsce.

 

Wszystko wskazuje na to, że obaj zostaną zdyskwalifikowani na cztery lata, co wykluczałoby ich start na kolejnych igrzyskach, w Tokio (2020). Ale ten brązowy medal dla Tomasza Zielińskiego oznaczać będzie przecież prawo do określonych gratyfikacji, czy emerytury olimpijskiej. Z jednej strony będzie więc oszustem, tym, który sięgnął po zabroniony środek, z drugiej to jednak człowiek sukcesu, medalista największej ze sportowych imprez. Jego znacznie bardziej znany brat Adrian jest teraz w podobnej sytuacji.

 

To samo można będzie powiedzieć też o Marcinie Dołędze, który był czwarty na igrzyskach w Pekinie (2008) w wadze 105 kg, ale ponieważ jeden z medalistów został złapany na dopingu, on też otrzyma medal i wszystko co z nim związane choć dopingowe wpadki nie są mu obce.

 

Takich przypadków ostatnio jest coraz więcej, dotyczą przedstawicieli najróżniejszych dyscyplin, bowiem ścigające sportowych oszustów agencje są znacznie skuteczniejsze dzięki nowym metodom, które pozwalają nawet po latach łapać tych, którzy sięgają po zakazany owoc. Między innymi dlatego pisałem z Rio de Janeiro, że może lepiej dekorować zwycięzców dopiero za dziesięć lat, bo tak długo zostaną zachowane teraz pobrane od sportowców próbki. A wtedy może się okazać, że zdecydowana większość zwycięzców ma jednak coś za uszami i przyjdzie medale zwracać.

 

Byłby to oczywiście tylko gorzki żart, gdyby nie fakty, które dla olimpijskiego sportu są brutalne. Okazuje się, że zabawa w policjantów i złodziei wciąż trwa i zwyczajnie wszystkich oszustów nie da się złapać. A nawet jak ich dosięgnie ręka sprawiedliwości na jednej imprezie, to rekompensata przyjdzie z innej, gdzie złapią kolegów, a oni wskoczą na podium.

 

I wtedy robi się mętlik, nie tylko w głowie. Coś mi się zdaje, że tak działając, bez zmiany przepisów, to dopingu jednak nie zwalczymy.