Biało-czerwone nie powtórzyły wyniku sprzed dwóch lat, kiedy to w Holandii dotarły do ćwierćfinału, ale w nim przegrały z gospodyniami i późniejszymi wicemistrzyniami Starego Kontynentu. W turnieju rozgrywanym w Azerbejdżanie i Gruzji zostały sklasyfikowane na 10. pozycji. Zdaniem Maj-Erwardt, awans do najlepszej ósemki był jednak na wyciągnięcie ręki.

 

- Na początku Turczynki były lepsze, ale potem one też zaczęły się denerwować. Szkoda tych niewykorzystanych momentów i piłek, które można było skończyć. W czwartym secie miałyśmy taką przewagę, że myślałam, że doprowadzimy do tie-breaka. Sama nie rozumiem dlaczego stało się inaczej. A tego piątego seta byłyśmy w stanie wygrać – powiedziała 32-letnia libero. Jej zdaniem doświadczone siatkarki znad Bosforu grają w mistrzostwach znacznie słabiej niż w poprzednich latach.

 

- W meczu z nami miały dużo słabych momentów i można było to spokojnie wykorzystać. Znam dobrze Neriman Ozsoy (skrzydłowa reprezentacji Turcji) i wiem jak grają inne zawodniczki na skrzydle. Dostawały wiele niedokładnych piłek i strasznie się męczyły w ataku. Często kiwały, a zwykle w ataku nigdy nie wstrzymywały ręki – dodała.

 

Jej zdaniem polska drużyna w kilku meczach zagrała ofiarnie i walecznie, ale końcowy wynik nie można uznać za zadowalający.

 

- Dwa lata temu odpadłyśmy w ćwierćfinale, czyli zagrałyśmy o jeden mecz więcej. Ale tamtego wyniku nie uważam też za sukces. Na pewno dziewczynom nie można odmówić woli walki, ten zespół chciał coś udowodnić. Dobrze grały w obronie, podbijały wiele ataków, ale mieliśmy różne niedoskonałości, jak choćby wypracowanie tzw. drugiej piłki. Po dobrej obronie nie potrafiłyśmy wypracować kontrataku. To są czasami drobne niuanse, ale rzucają się w oczy. Na pewno przed tym zespołem jeszcze dużo pracy – podkreśliła.

 

Czterokrotna uczestniczka ME komplementowała najskuteczniejszą w polskim zespole Malwinę Smarzek. Zaznaczyła jednak, że jest ona jeszcze zbyt mało doświadczoną zawodniczką, by samodzielnie brać odpowiedzialność za grę całego zespołu.

 

- Malwina miała różną skuteczność i różne momenty. Wiadomo było, że w końcówkach meczu piłka pójdzie do niej, ale też na nią czekał już podwójny blok. Widać było, że bardzo odważnie zaczęła grać, lecz w pewnych momentach brakowało jej doświadczenia. Nie była w stanie wziąć całego ciężaru gry, ale to nic dziwnego, bo ona jest jeszcze młoda, a dla niej to był pierwszy taki ważny turniej w karierze. Myślę, że z każdym rokiem powinno być lepiej – przyznała.

 

Maj-Erwardt nie ukrywa, że największym kłopotem nie tylko tej reprezentacji, ale całej żeńskiej siatkówki w kraju jest słaby potencjał, jeśli chodzi o zawodniczki grające na lewym skrzydle. Według niej system szkolenia wymaga też pewnej poprawy.

 

- Nie mamy z czego brać, jeśli chodzi o przyjmujące. Myślę, że gdzieś popełniany jest błąd przy szkoleniu i selekcji młodych dziewczyn. Czasami trenerzy patrzą i mówią: o, jesteś wysoka, to zrobimy z ciebie środkową czy atakująca. Nie ma czegoś takiego jak uniwersalność, że każda wszystko robiła - od przyjęcia, po zagrywkę. Dlatego warto, by Malwina też cały czas trenowała przyjęcie, choć wiem, że to robi – tłumaczyła.

 

Dwukrotna mistrzyni Polski dodała, że bez przysłowiowych "armat" na skrzydłach, w siatkówce na wysokim poziomie nic się osiągnie.

 

- W Polsce nie brakuje wysokich zawodniczek, jest kilka dziewcząt, które można by podciągnąć pod to przyjęcie. Gdzieś na wczesnym etapie te niższe zawodniczki bywają nieco sprawniejsze, łatwiej poradzą sobie z przyjęciem zagrywki. Tylko musimy się zastanowić, czego my oczekujemy. Jeśli chcemy, by nasza siatkówka była potęgą w Europie i na świecie, to te niższe dziewczyny już sobie nie poradzą w ataku. Dlatego potrzebujemy wysokich zawodniczek na lewym skrzydle, które nie muszą brylować na przyjęciu, ale będą taki armatami w ataku – podsumowała brązowa medalistka ME sprzed ośmiu lat.