43-letni Kaczkan (KW Warszawa) brał udział w sezonie 2002/03 w drugiej polskiej ekspedycji na drugi co do wysokości szczyt Ziemi (8611 m). Razem z Rosjaninem Denisem Urubko (będzie również uczestniczył w wyprawie, od 2015 roku ma polskie obywatelstwo) i Piotrem Morawskim dotarli na 7650 m.

Na co dzień adiunkt na Wydziale Elektroniki Politechniki Warszawskiej jest także ostatnim Polakiem, który stanął na K2 (w lipcu 2014).

- Skład jest najlepszy z możliwych. Każdy z uczestników ma za sobą niezbędne doświadczenie. Wszystko będzie zależeć od szczęścia. Natura musi sprzyjać, by zdobyć aklimatyzację i założyć obozy oraz zaporęczować drogę. Potem trzeba tylko czekać na okno pogodowe, by podjąć decydujący atak – powiedział.

Uczestnicy wyprawy pod kierunkiem Krzysztofa Wielickiego (piąty w historii, który zdobył Koroną Himalajów i Karakorum - wszystkie 14 ośmiotysięczników) wylecą do Pakistanu 29 grudnia. Zdaniem Kaczkana początek marca stwarza większe szanse na powodzenie ataku niż luty. To doświadczenia z sezonu 2010/2011 na Broad Peak (8051 m), leżący tak jak K2 w Karakorum oraz wcześniejszych zmagań z niezdobytym szczytem.

- Z powodu aury zimą jest zawsze większy problem z aklimatyzacją. Zakładając nawet super pogodę w styczniu i lutym, atak nie nastąpi wcześniej niż pod koniec lutego. Z moich doświadczeń optymalny wydaje się być początek marca. Dni są już dłuższe, robi się trochę cieplej, ale z drugiej strony więcej wieje niż w bardzo mroźnym styczniu i lutym. K2 to szczególna góra ze względu na wysokość i kilka bardziej wymagających partii technicznych. Nie da się tam "wczłapać" jak na Everest latem – zaznaczył.

Przyznał, że początkowe dni pobytu są trudne, bo trzeba się przyzwyczaić do minusowych temperatur –10, -15 stopni w bazie w dzień i około -30-40 w zakładanych obozach. Im wyżej, tym silniejsze wiatry.

- Pierwsze tygodnie są najgorsze, bo zimno doskwiera bardzo. Jest wszechogarniające. Potem człowiek się przyzwyczaja. Aklimatyzacja to bardzo indywidualna sprawa. U mnie trwa dłużej. Dopiero po miesiącu, półtora, gdy koledzy bywają już zmęczeni pobytem, osiągałem zawsze najlepszą formę. Pamiętam, że w 2003 roku w mesie, gdzie dostawaliśmy przygotowane przez kucharza z Nepalu posiłki, było tak zimno, że trzeba było jeść szybko, żeby ostatnie łyżki owsianki nie zamieniły się w sople owsiankowe - wspomniał Kaczkan.

Ważne będą prognozy pogody, z których nie korzystała pierwsza polska zimowa ekspedycja na Everest (8848 m) w 1980 roku, zakończona zdobyciem szczytu. Wówczas himalaiści sami oceniali warunki i podejmowali decyzje.

- Mamy różne źródła informacji o pogodzie. Jedną z bardzo cenionych osób w tej dziedzinie jest Karl Gabl, specjalista od prognoz, który grzecznościowo od lat obsługuje polskie wyprawy. Koordynacją wszystkich prognoz zajmuje się Rafał Fronia – poinformował.

Kaczkan, jako pracownik naukowy Wydziału Elektroniki, odpowiadać będzie za sprawy łączności w bazie pod K2. Przyznał, że był problem z transportem baterii litowych. To towar niebezpieczny, który nie może być przewożony samolotem według ostatnich przepisów. Obowiązują specjalne procedury.

- Baterie są bardzo ważne, bo zasilają radiotelefony, ogrzewacze, lokalizatory itp. Planujemy uruchomić stałe łącze internetowe w bazie, ale najpierw musimy tam donieść kilkadziesiąt kilogramów sprzętu, uruchomić stację zasilania oraz postawić antenę satelitarną - zaznaczył.

- Na miejscu posługiwać będziemy się radiami cyfrowymi. To unowocześniony Klimek (radiotelefony stosowane podczas zimowego wejścia na Everest w 1980 roku ważyły ponad pół kilo – przyp.), lżejszy i z lepszą jakością dźwięku. To profesjonalny sprzęt, w którym nie da się wiele popsuć w ekstremalnych sytuacjach– podkreślił.

W bazie, oprócz pojedynczych namiotów dla wszystkich uczestników stanie kuchnia, jadalnia, "łazienka". Będzie też "pokój" łączności.

- Powietrze pod K2 jest tak sterylne, że nie ma potrzeby codziennej kąpieli. Zresztą przy takich temperaturach nikomu by się nawet nie chciało. Jedyny przykry zapach to ten z kuchni, bo miejscowi używają maszynek na naftę, więc śmierdzi po prostu spalinami i ubranie po takiej wyprawie nie nadaje się już do niczego - zauważył.

Kaczkan jest przygotowany na długie godziny pobytu w bazie. Każdy z 13 alpinistów uczestniczących w wyprawie ma inne techniki trwania w tych warunkach. Z tygodnia na tydzień narasta zmęczenie psychiczne.

- W bazie zawsze na coś się czeka: na pogodę, by iść w górę, na kolegów schodzących z obozów, na tragarzy. Każdy ma inne techniki przetrwania. To jasne, że pojawia się zmęczenie personalne. Jedni są na to bardziej odporni, innych wszystko drażni. Należę na szczęście do pierwszej grupy. Lubię sobie pospać dłużej, gdy nic się nie da zrobić. Czytam książki, słucham muzyki. Gramy w szachy i karty. Normalne życie - dodał.

Nieco inaczej czas biegnie powyżej bazy. Na drodze Basków Polacy planują założenie trzech obozów oraz ostatniego powyżej ośmiu tysięcy metrów, z którego planują przeprowadzenie ataku szczytowego.

- W poszczególnych obozach od obudzenia się do wyjścia z namiotu upływają nawet trzy godziny. Najpierw trzeba się odszronić po nocy, bo wszystko zamarza i osadza na wewnętrznych ściankach. Potem ubrać w kombinezon puchowy, zagotować kilka litrów wody ze stopionego śniegu, którą w nocy trzymało się w śpiworze w specjalnym bukłaku, by nie zamarzła. W końcu trzeba spróbować coś zjeść - dodał.

- Nie przychodzi to łatwo na takich wysokościach. Najważniejsze jest wypicie co najmniej trzech litrów płynów w ciągu doby. Trzeba mieć grafik i w ciągu dnia pić przez rurkę partiami te półtora litra niesione w CamelBaku. Generalnie zawsze za mało się nawadnia i je, bo nie czuć pragnienia ani łaknienia - wyjaśnił.

Zdobywca latem K2 odlicza dni do wylotu. Przyznał, że przygotowania logistyczne na wielką skalę nie pozwoliły na pełne poczucie satysfakcji z tego, że znalazł się doborowym gronie himalaistów, które podejmie próbę wejścia na ostatni niezdobyty zimą ośmiotysięcznik.

- Przed wyprawą jest zawsze istny mętlik. Nie zdążyłem nawet poważnie pomyśleć o drodze Basków, którą mamy zamiar się wspinać. Na to przyjdzie czas jak wsiądę do samolotu i podczas dojścia do bazy. Nie obawiam się czegokolwiek, bo nie patrzę na wyjazd w kategoriach strachu. Nie traktuję też ekspedycji ambicjonalnie w kategoriach porachunku z górą za 2003 rok. Wiem, że będą osoby szybsze, silniejsze ode mnie. To nie ma znaczenia. Najważniejszy jest wysiłek grupowy i współpraca - podkreślił.