"Trzeba zawsze patrzeć na siebie, a nie na rywala, który jest faworytem! Potrzebowaliśmy takiego meczu jak tlenu po sześciu porażkach z rzędu" - powiedział jeden z najbardziej doświadczonych polskich koszykarzy Filip Dylewicz, który w styczniu będzie obchodzić 38. urodziny.

Skrzydłowy zdaje sobie sprawę, że Trefl sprawił sensację, jak na razie sezonu.

"Myślę, że niewiele osób z koszykarskiej rodziny zakładało, że spotkanie rozstrzygnie się w taki sposób. Czujemy się jakbyśmy wygrali jakiś mecz finału. Jesteśmy szczęśliwi. Wiele drużyn, zawodników chciałoby doświadczyć tej wspaniałej chwili, tego, co czujemy po zwycięstwie w Zielonej Górze nad mistrzem Polski i uczestnikiem europejskich pucharów" - dodał.

Koszykarze Trefla trafili 13 z 27 (48 proc.) rzutów zza linii 6,75 m i 21 z 39 za dwa (54 proc.). Ich liderami byli Dylewicz, który miał 20 pkt i siedem zbiórek oraz Amerykanin Obie Trotter, który dołączył do zespołu kilka dni temu i zdążył przeprowadzić zaledwie pięć treningów z ekipą. Rozgrywający uzyskał 24 pkt i miał osiem asyst oraz cztery zbiórki. Trafił cztery z pięciu rzutów za dwa punkty i pięć z ośmiu za trzy.

"Mieliśmy dobry dzień, jeśli chodzi o skuteczność. Wyglądaliśmy naprawdę bardzo dobrze. Po pierwszej połowie, gdy trafialiśmy w zasadzie wszystko, obawialiśmy się, że w drugiej może być gorzej i możemy roztrwonić przewagę. Tak się stało po części, bo w trzeciej kwarcie przegraliśmy 18:31, ale w czwartej udało się powrócić do gry, zatrzymać rozpędzony i dobrze zbilansowany w ataku Stelmet. Chwała nam za to. Było wiele pozytywnych rzeczy. Na pewno morale, po tych ostatnich cięższych tygodniach, które mam nadzieje są już za nami, wzrosło zdecydowanie. Na nowo wracamy na drogę, która prowadzi do play off" - ocenił.

Dylewicz uważa, że znakomicie wkomponował się w ich grę Trotter, wicemistrz z ubiegłego roku z Polskim Cukrem Toruń, który do Trójmiasta przyleciał kilka dni temu prosto z ligi rumuńskiej, gdzie rozpoczynał sezon. Zastąpił rodaka, rozgrywającego Brandona Browna, który w listopadzie doznał kontuzji i przeszedł w Gdańsku operację kręgosłupa, a obecnie przebywa w USA i kontynuuje leczenie.

"Nie można zapomnieć o przyjściu Obie Trottera, który odmienił oblicze naszej drużyny. Mamy nareszcie mocny obwód i to też przełożyło się na to, że zagraliśmy inną koszykówkę niż dotychczas, po kontuzji Brandona. Trenerzy przesunęli Jermaine'a Love'a z +jedynki+ na pozycję numer dwa i to też bardzo nas wzmocniło. Obie przyjechał bardzo dobrze przygotowany do sezonu, piłka w jego rękach +chodziła+ jak należy. Mieliśmy wspólnie cztery czy pięć treningów, ale dla tak doświadczonego i dojrzałego zawodnika wystarczy kilka zajęć, by zobaczyć na co kogo stać. On wie, czego od niego oczekujemy, jak widzą jego rolę trenerzy" - podkreślił.

W ekipie Stelmetu nie do zatrzymania dla koszykarzy w Trójmiasta był tylko lider czarnogórski środkowy Vladimir Dragicevic, który uzyskał rekordowe 37 pkt trafiając 16 z 20 rzutów za dwa punkty i pięć z sześciu wolnych. To było jednak za mało dla drużyny trenera Urlepa, pięciokrotnego mistrza Polski, w spotkaniu z Treflem. Dylewicz podkreślił, że zwycięstwo nad zespołem prowadzonym przez słoweńskiego szkoleniowca to dla niego specjalna satysfakcja.

"Nie ukrywam, że do meczów zazwyczaj podchodzę ze spokojem i na luzie, to do meczu z ekipą Urlepa już nie. Byłem dodatkowo skoncentrowany i zależało mi tym, by spisać się dobrze i pomóc drużynie. Myślę, że to zrobiłem i zagrałem zawody całkiem przyzwoicie" - cieszył się po spotkaniu skrzydłowy.

Stelmet Enea BC Zielona Góra - Trefl Sopot 90:94 (22:25, 22:32, 31:18, 15:19).

Punkty:

Stelmet Enea BC: Vladimir Dragicevic 37, Łukasz Koszarek 8, Adam Hrycaniuk 8, Przemysław Zamojski 8, Martynas Gecevicius 6, Nikola Markovic 6, Jarosław Mokros 5, Thomas Kelati 5, James Florence 4, Filip Matczak 3.
Trefl: Obie Trotter 24, Filip Dylewicz 20, Jakub Karolak 15, Jermaine Love 13, Stephen Zack 7, Marcin Stefański 7, Michał Kolenda 3, Łukasz Kolenda 3, Piotr Śmigielski 2.