- To był najgorsze, co tylko mogłem sobie wyobrazić - wspomina porażkę sprzed czterech lat White. W Rosji zajął czwarte miejsce. Zwyciężył reprezentant Szwajcarii Iouri Podladtchikov.

Na poprzednie igrzyska 31-letni dziś zawodnik jechał jako murowany faworyt, zdobywca złotych medali w Turynie i Vancouver oraz wielokrotny mistrz X-Games. O miejscu poza podium zdecydował upadek w pierwszym przejeździe oraz błędy przy lądowaniach w drugim. Jakkolwiek wielu obserwatorów tłumaczyło jego wynik fatalnym stanem obiektu, to White przyznał, że mógł pojechać wtedy lepiej.

- Po tym wszystkim usiadłem i zacząłem się zastanawiać. Po pierwsze myślałem o tym, co przeszkadza mi w jeździe. Stwierdziłem, że kiedy wygrywasz, to wszyscy oczekują, że będziesz to robił bez przerwy, dzień po dniu, rok po roku, a przecież nie towarzyszą mi takie same uczucia jak za pierwszym razem - wspominał trudne chwile z 2014 roku.

White postanowił wtedy przewartościować swoje życie.

- Czułem, że tęskniłem za rodziną, domem, za moim psem i za... normalnością. Zacząłem więc robić wszystko, na co wcześniej brakowało mi czasu. To było wspaniałe. Kiedy poczułem się lepiej, znowu zacząłem myśleć o snowboardzie, jak o kolejnej rzeczy, która sprawa mi radość i nagle znowu byłem podekscytowany jazdą i trickami - dodał Amerykanin.

Po latach oglądania najbliższych głównie przez portale społecznościowe zaczął uczestniczyć w ich życiu. Utytułowany snowboardzista spędził np. dwa tygodnie wspólnie z rodziną swojego przyjaciela Jonny'ego Smitha.

- Pewnie, że mógłby zostać w hotelu, ale on wolał być z nami i oglądać filmy Disneya z moim kilkunastomiesięcznym dzieciakiem - wspominał tamte dni Smith. Gdy przysypiał na dziecięcym łóżeczku, łatwo było zapomnieć wszystkie jego mistrzowskie tytuły - dodał żartem przyjaciel zawodnika.

White podjął też decyzję o zmianie sztabu szkoleniowego. Dziś trenuje pod okiem brązowego medalisty z Salt Lake City JJ Thomasa i w towarzystwie nastoletniego Toby'ego Millera.

- Mam w ekipie całe spektrum ludzi. Jest zakochany w snowboardzie i życiu w drodze Toby oraz JJ, który jest naprawdę prawdziwym weteranem. To świetnie uzupełniający się układ - tłumaczył zawodnik, który z racji noszonych kiedyś bujnych czerwonych włosów zyskał przydomek "latającego pomidora".

Pochodzący z Kalifornii White jest bardzo zmotywowany przed startem w Pjongczangu. Kwalifikację uzyskał co prawda dopiero w styczniu, za to z maksymalnym wynikiem 100 punktów. W walce o bilet do Korei Płd. nie przeszkodziły mu nawet 62 szwy, które zostały mu założone na twarzy po bardzo groźnym upadku, jakiemu uległ w październiku na zawodach w Nowej Zelandii.

Niezależnie od wyniku, jaki osiągnie, Amerykanin zdaje się być bardziej dojrzały. Czuje też, że nie musi już niczego udowadniać.

- Zwycięstwo byłoby wspaniałe i znaczyłoby dla mnie bardzo, bardzo wiele. Nie wydaje mi się jednak, że może ono mieć wpływ na moją samoocenę i podsumowanie całej mojej kariery - przyznał.

White zapewnił zresztą, że po igrzyskach nie wybiera się na sportową emeryturę. Ponieważ odnosi też sukcesy w jeździe na deskorolce, to zamierza wystartować w 2020 roku w Tokio, gdzie dyscyplina zadebiutuje na igrzyskach. Jeśli jego plan się nie powiedzie, będzie mógł się skupić na muzyce, biznesie czy reklamie, bo we wszystkich tych branżach radzi sobie równie dobrze jak w sporcie.

Kwalifikacje halfpipe’u mężczyzn zaplanowano na 13 lutego, a finał odbędzie się dzień później.