Dla 35-letniego Myhrera - najstarszego w historii mistrza olimpijskiego w slalomie (urodził się 11 stycznia 1983 roku) - to największy sukces w karierze. Do tej pory miał brązowy medal igrzysk 2010 roku w Vancouver, również w slalomie.

W czwartek został pierwszym szwedzkim mistrzem olimpijskim w tej konkurencji od 38 lat, gdy w Lake Placid triumfował słynny Ingemar Stenmark.

Drugiego Zenhaeuserna Myhrer wyprzedził o 0,34 s, a trzeciego Matta o 0,67. Starszy brat Michaeala, Mario, zdobył złoto w slalomie w 2014 roku w Soczi - miał wówczas niespełna 35 lat.

- Zdobyłem medal w Vancouver, brązowy, ale zawsze marzyłem o złotym. I teraz stało się to rzeczywistością. Jestem całkowicie zdumiony - przyznał Szwed.

Jasiczek tracił po pierwszym przejeździe do Kristoffersena, brązowego medalisty w tej konkurencji z 2014 roku z Soczi i wicemistrza z Pjongczangu w slalomie gigancie, 3,92 s.

Zajmowana przez Polaka 30. pozycja oznaczała, że w drugim przejeździe wyruszył na trasę jako pierwszy. Nie zdołał jednak dokończyć swojej próby - dość szybko wypadł z trasy.

Jak się później okazało, jego los podzielił Kristoffersen. Norweg, który po pierwszym przejeździe miał 0,21 s przewagi nad Myhrerem, bardzo szybko stracił szansę walki o medale. Próbował jeszcze wrócić na trasę, ale po chwili - widząc, że to nie ma sensu - zrezygnował.

- Nie jestem rozczarowany. Lepiej próbować i przegrać niż nigdy w ogóle nie spróbować - przyznał Norweg.

Największą sensacją tej konkurencji było jednak wypadnięcie z trasy już w pierwszym przejeździe wielkiego faworyta Marcela Hirschera.

Mający piąty numer startowy Austriak od początku jechał niezbyt płynnie, aż w końcu stracił kontrolę nad nartami po serii ciasnych zakrętów.

Niespełna 29-letni Hirscher zdobył wcześniej dwa złote medale w Pjongczangu - w slalomie gigancie i kombinacji.

Cztery lata temu w Soczi zajął w slalomie drugie miejsce. Jest m.in. sześciokrotnym mistrzem świata (z czego dwa razy w slalomie).