W Pjongczangu nie zdołała powiększyć tego dorobku, w swym ostatnim starcie zajęła 14. miejsce w biegu na 30 km techniką klasyczną. Za to, czego dokonała w swej karierze należy się jej ogromny szacunek.

 

– Wszyscy chylimy czoło przed wielką Justyną. Pięć medali na trzech kolejnych igrzyskach olimpijskich to wielki sukces i wielki wyczyn. Tak naprawdę ona zmagała się z całą koalicją bardzo dobrych biegaczek ze Skandynawii. Norwegia ma trzy wielkie sportsmenki, to samo mamy w Szwecji. Polka tak naprawdę zawsze była osamotniona, co być może powodowało to, że ona musiała pracować jeszcze więcej. Dlatego uważam, że nieważne, które miejsce zajęła teraz – w Pjongczangu. Pokazała światu, że Polskę stać na wybitną sportsmenkę w narciarstwie klasycznym. Mam nadzieję, że to, co zrobiła dla Polski, dla polskiego sportu będzie owocowało –  powiedział sekretarz stanu w Ministerstwie Sportu i Turystyki Jarosław Stawiarski.

 

Kiedy doczekamy się następczyń mistrzyni?

 

– To jest szerszy problem. Po sukcesach Józefa Łuszczka, których czterdziestolecie świętowaliśmy [kilka dni temu - redakcja], w zasadzie nic się nie zdarzyło w polskich biegach narciarskich. Nikt nie skorzystał z jego doświadczeń, ani z doświadczeń trenera Edwarda Budnego. Teraz podobnie jest z Justyną Kowalczyk. Mija dwanaście lat od jej pierwszego medalu na igrzyskach olimpijskich... Przez te dwanaście lat nie udało nam się nikogo wychować – stwierdził Marian Kmita.

 

– Diametralnie widać różnicę w porównaniu ze skokami. Udało się wychować następców Adama Małysza, a przecież Justyna odniosła większe sukcesy na igrzyskach. Tych sukcesów nie udało się nam wykorzystać – dodał dziennikarz Michał Pol.

 

Dyskusja w załączonym materiale wideo.