Wojciech Kruk-Pielesiak: Co najbardziej lubi pan w wyścigach samochodowych?

 

Maciej Kot: Bardzo lubię prędkość i działające na mnie przeciążenia, ale najbardziej to uczucie, kiedy swoimi umiejętnościami poskramia się maszynę, wytrzymuje przeciążenia. Im bliżej granicy, tym trudniej o to. Gdy wszystkie elementy złożą się na udany przejazd, daje to naprawdę mnóstwo frajdy.

 

Czyli trochę podobnie jak w skokach, w których też jest kilka elementów - najazd, odbicie, lot i lądowanie?

 

Tak. Wbrew pozorom skoki narciarskie i sporty motorowe mają trochę wspólnego. Przede wszystkim zarówno na sukces skoczka, jak i kierowcy pracuje sztab ludzi. W trakcie zawodów ludzie widzą mnie i machającego chorągiewką trenera, ale nasza drużyna liczy jeszcze siedem, osiem osób, bez których dobre wyniki nie byłyby możliwe. Każda z nich - czy to asystenci, czy ci odpowiadający za szycie kombinezonów - swoją pracę wykonuje na sto procent. W motorsporcie jest tak samo. Inżynier ustawia auto, dobiera się opony i tak dalej.

 

Kwestia sprzętu też jest istotna w obu przypadkach...

 

Oczywiście. W skokach też szuka się rezerw w sprzęcie, dopasowuje się wszystkie cegiełki, ale nie aż w takim stopniu jak w motorsporcie. Czasem jak jadę na inną skocznię albo zmienia się pogoda, to zaczynam się zastanawiać, czy nie wziąć trochę sztywniejszych nart, dzięki którym inaczej ułoży się środek ciężkości, a może inny kombinezon, a może nowe buty. Te niuanse czasem poprawiają rezultat.

 

Czy są jakieś umiejętności nabyte w trakcie trenowania skoków narciarskich, które wykorzystuje pan za kierownicą?

 

Przede wszystkim te związane z psychiką. Na Memoriale Janusza Kuliga wiele osób na mnie patrzyło, pojawił się stres, ale wiem, jak sobie z nim radzić. Znam metody pozwalające na pełną koncentrację, co bardzo mi pomaga. Może zawodowi kierowcy robią to w nieco inny sposób, ale od trzech lat pracuję z psychologiem, który także ma pod opieką rajdowców, więc dzielimy pewne doświadczenia.

 

Jest pan twarzą kampanii "Podążaj za marzeniami, bez względu na wszystko". Co te słowa znaczą dla pana?

 

Firma Bridgestone oddaje tym hasłem moją filozofię życiową, identyfikuję się z nim. Jako dziecko miałem marzenia, za którymi podążałem. Teraz jestem dorosłym facetem, ale mam nowe. Staram się przekształcać je w cele i opracowuje plan ich realizacji. Cieszę się, że opowiadając swoją historię mogę dać natchnienie innym ludziom do tego, żeby ruszyli do przodu, zrobili coś ze swoim życiem. Ludzie często mają marzenia, z którymi nic nie robią, bo uważają je za nierealne. Może ktoś dzięki mnie stwierdzi, że jednak spróbuje i osiągnie coś wielkiego. Nie mówię tu o medalu olimpijskim, ale zrobieniu czegoś fajnego dla siebie, jak zmiana pracy, otworzenie firmy czy zdobycie Mount Everestu.

 

Wiąże pan swoją przyszłość ze sportami motorowymi?

 

Często słyszę to pytanie. Na razie priorytetem zdecydowanie są skoki. Na nich skupiam się w stu procentach i niczego innego nie planuję. Nie wiem, ile jeszcze potrwa moja kariera. Sport bywa nieprzewidywalny. Nie da się też ukryć, że w motorsporcie olbrzymią rolę odgrywają pieniądze. Czasem trzeba też mieć trochę szczęścia. Może przyjdzie jakaś firma i powie: "Maciek, mamy auto dla ciebie. Ścigaj się przez cały sezon". Po zakończeniu kariery na pewno z radością przyjąłbym taką propozycję. Podejrzewam jednak, że gdybym miał na to wyłożyć własne, ciężko zarobione na skoczni pieniądze, to raczej bym się nie zdecydował, bo to są naprawdę olbrzymie sumy. Na razie zatem nadal będę jeździł dla własnej przyjemności i nie wiążę z tym zawodowej przyszłości, ale "nigdy nie mów nigdy"...