Adam Kszczot przeszedł do historii lekkoatletycznych mistrzostw Europy w sobotę wieczorem, sięgając po trzeci kolejny złoty medal. Owszem, zdarzali się sportowcy fenomenalni, którzy okraszali kariery hurtowo zdobywanymi medalami, najczęściej jednak czynili to w kilku konkurencjach, np. sprinty i skok w dal. Herosów zdolnych utrzymać najwyższy poziom na w jednej specjalizacji, w dodatku biegowej, poza Mohammedem Farahem było niewielu. O Usainie Bolcie nie wspominam, bo przecież ten był sportowo przedstawicielem gatunku nadludzkiego.

Kszczot jest fenomenem, bo 800 m to dystans wymagający nie tylko końskiego zdrowia, ale i inteligencji. Nie ma bowiem dystansu bardziej strategicznego, w którym jest niewiele czasu na podjęcie decyzji. Jednocześnie dystans ten nie wybacza jakichkolwiek korekt planów na bieg. Więc jak saper – albo podejmujesz wybór, który prowadzi do sukcesu, albo należy spisać bieg na straty.

Lekkoatletyka do tego jest sportem, w którym na poziomie mistrzostw Europy, świata, czy podczas igrzysk olimpijskich należy wykazywać czujność już od samych eliminacji. To dlatego nie ma w nich niekwestionowanego króla, który panowałby latami. Bywali przecież faworyci, których zaskakiwali niespodziewani konkurenci zabierając im udział nawet w finale. 800 m to wyrafinowana sztuka znajomości własnego ciała i jego możliwości. To też sztuka przewidywania, w jakim stanie znajduje się ciało przeciwnika – czy jest jeszcze zdolne do ataku, czy już nie.

Wyobraźmy sobie zabójcze igraszki, kto ostatni zejdzie z torów przed nadjeżdżającym pociągiem. Na dystansie 800 m jest tak: kto schodzi pierwszy (czytaj rusza mocnym tempem od początku), po chwili przestaje się liczyć (zwykle nie wytrzymuje do mety); kto nie uczyni właściwego kroku w ostatniej chwili (przypuści atak, jak najpóźniej), kończy tragicznie. Sztuką jest wybrać odpowiedni moment.

Oczywiście są fenomenalni biegacze, jak rekordzista świata Kenijczyk David Rudisha (wynik 1:40,91), którzy nie potrzebują dyktujących tempo, a rekord świata są w stanie pobić nawet w imprezie mistrzowskiej, gdzie przecież nie liczy się czas, a miejsce. Kszczota natura nie obdarzyła cechami afrykańskich biegaczy, musi więc bazować na perfekcyjnym przygotowaniu i ponadprzeciętnej inteligencji. Można nawet powiedzieć, że Kszczot skomplikował bieganie, czyli najprostszą formę ruchu. Uczynił z biegania potyczkę intelektualną, polegającą na przechytrzaniu rywali.

Tak zaprezentował nam się mistrz Adam podczas dwóch biegów poprzedzających sobotni finał. Tak z reguły wygrywał swoje biegi, czyhając na dogodny moment ataku po zewnętrznej na jednej z ostatnich pozycji. On wreszcie spowodował, jako absolwent Politechniki Łódzkiej, że jego starty zaczęto nazywać inżynierią biegania.

Jeśli spojrzymy na światowe tabele oraz medalistów największych imprez tego dystansu, okaże się, że Europejczycy są w cieniu Afrykańczyków. W czołowej trójce jest wprawdzie Duńczyk Wilson Kipketer, ale dobrze wiemy, że jedynie reprezentował barwy tego kraju, a pochodził z Kenii. Lord Sebastian Coe, dziś szef światowej federacji lekkoatletycznej, oraz Brazylijczyk Joaquim Cruz, są w tym doborowym gronie wyjątkiem, reszta dominatorów tej zabawy pochodzi z Afryki. Zdarzył się wprawdzie Rosjanin Jurij Borżakowski, który zszedł poniżej granicy 1:43, nawet zdobył złoto na igrzyskach w Atenach, ale nie utrzymywał się na topie tak długo jak Kszczot.

Polak jest wyjątkowy. Trzy mistrzostwa Europy, ale przede wszystkim dwa srebrne medale mistrzostw świata każą w nim widzieć biegacza fenomenalnego. Rywale, i to ci zgłaszający aspiracje do triumfów, łamią sobie na nim kark, a komentatorzy język na nazwisku biegacza spod Opoczna.

Także historia życia Kszczota jest niebywała, powinna służyć za wzór wszystkim, którzy chcą osiągnąć sukces w sporcie. Wychowany na wsi, z poczuciem obowiązku wynikającym z prowadzenia gospodarstwa, naznaczony kultem pracy i sumienności. Do tego – to już tragiczny wątek młodzieńczej historii - przeżywający śmierć brata przy pracach w gospodarstwie.

Kszczot to modelowy przykład sportowca, który nigdy nie mierzy się ze sobą. Z presją, jaka na niego spada, ani ze słabościami, jakie go dotykają. Trudno mówić, że ma nadludzkie cechy, ale zna swój organizm do tego stopnia, że nigdy nie pozwala sobie na „start dla startu”. Rywalizacja jest dla niego albo formą przygotowania do szczytu formy, albo bezpośrednią batalią o medal.

- Niezależnie od tego, jak szybki jest to wyścig, Kszczot jako jedyny potrafi się do niego dostosować – mówi o Polaku Pierre-Ambroise Bosse, Francuz, który wyrwał naszemu biegaczowi złoto podczas ostatnich mistrzostw świata w Londynie (2017). Przy okazji padają też inne argumenty o piekielnej mocy Kszczota. Kilka tygodni temu potrafił zdobyć mistrzostwo Polski na dystansie 1500 m, by za chwilę wykręcić najlepszy swój czas sezonu na 800 m podczas zawodów Diamentowej Ligi w Londynie.

Kszczot startował dotychczas aż w 14 mistrzostwach świata i Europy na otwartym stadionie i w hali. Wywalczył w sumie 12 medali, w tym aż siedem złotych. Nie ma na dystansie 800 m nikogo, kto mógłby dorównać Polakowi.