Adriano Leite Ribeiro na świat przyszedł 17 lutego 1982 roku. Dzisiaj ma 36 lat i gdyby jego kariera potoczyła się inaczej (czytaj lepiej), wówczas mógłby jeszcze grać na bardzo wysokim poziomie w czołowym europejskim klubie. W tzw. międzyczasie miałby z pewnością na swoim koncie kilka Złotych Piłek i stanowiłby bardzo, ale to bardzo poważną konkurencję dla Cristiano Ronaldo oraz Leo Messiego.

 

Niestety obecnie możemy jedynie gdybać, ale prawdopodobieństwo, że taki scenariusz zostałby spełniony jest naprawdę spore. O Adriano zrobiło się głośno w trakcie jego występów w Parmie – wówczas czołowym klubie Serie A. Brazylijczyk w dwóch sezonach na Stadio Ennio Tardini zdobył 26 bramek w 44 meczach. Charakteryzował się świetną techniką jak na reprezentanta Canarinhos przystało, ale ponadto potrafił połączyć to z niesamowitą siłą fizyczną. Na ogół napastników dzielimy na tych pierwszych lub drugich. Adriano posiadał obie cechy.

 

Przełomem w jego karierze był transfer do Interu Mediolan. To właśnie w stolicy światowej mody rozwinął swoje skrzydła i został nazwany przez dziennikarzy „Imperatore”. Potrafił zgarnąć piłkę na środku boiska, przebiec kilkadziesiąt metrów, mijając kilku rywali i oddać mocny strzał z dystansu. To musiało robić wrażenie, nawet na takich piłkarzach jak Zlatan Ibrahimović. Na Giuseppe Meazza spędził sześć lat z przerwą na wypożyczenie do Sao Paolo. W sumie rozegrał 159 meczów w których zdobył 73 bramki – większość przepięknej urody. Czterokrotnie zdobywał mistrzostwo Włoch, dwukrotnie Puchar Włoch oraz trzykrotnie Superpuchar Włoch. W reprezentacji Brazylii nie załapał się na okres prosperity, ale zdążył sięgnąć m.in. po Copa America w 2004 roku oraz Puchar Konfederacji rok później. Jego bilans w kadrze wygląda bardzo okazale – 27 bramek w 48 meczach.

 

Niestety jego kapitalnie rozwijającą się karierę przerwała śmierć ojca. Zawodnik nie mógł się pogodzić z odejściem swojego rodzica. – Tylko ja wiem jak bardzo cierpiałem po śmierci mojego ojca. Czułem się zdewastowany. A potem było już tylko gorzej, ponieważ czułem się odizolowany. Byłem smutny, samotny oraz popadłem w depresję. Dlatego zacząłem pić alkohol. To była jedyna rzecz, która sprawiała mi przyjemność. Piłem wszystko – piwo, wino, wódkę, whisky. Przede wszystkim piwo, bardzo, bardzo dużo. Nie potrafiłem przestać i z tego powodu musiałem opuścić Inter – zdradza w szczerej rozmowie, cytowany przez włoskie media Adriano.

 

Inter próbował pomóc swojej gwieździe, ale niestety skończyło się tylko na próbach. – Na treningi zawsze przyjeżdżałem pijany. Nie wiedziałem jak to ukryć, ale nie chciałem od tego uciec. Będąc w takim stanie sztab szkoleniowy próbował to ukryć przed mediami, toteż zanosili mnie do klubowego pokoju medycznego, abym mógł się tam przespać. Inter krył mnie, mówiąc na konferencjach prasowych, że jestem kontuzjowany, że mam problemy mięśniowe – przyznał Brazylijczyk.

 

Na koniec 36-latek zdaje sobie sprawę, że jego problemy wzięły się także z powodu złego towarzystwa. – Po jakimś czasie zrozumiałem, że ludzie, którzy byli wokół mnie stanowili mój problem. Przyjaciele zawsze zabierali mnie na sute imprezy z alkoholem i kobietami. O niczym innym nie myśleli i nie byli świadomi moich kłopotów. Wreszcie wróciłem do Brazylii. Straciłem miliony, ale jestem szczęśliwy – skwitował Adriano, którego życie to idealny materiał na film - ważne, że z happy-endem.