Zamieszanie zaczęło się w czwartek. Trener Derby Frank Lampard był zmuszony do przerwania treningu ze względu na wykrycie tajemniczego mężczyzny wewnątrz ośrodka klubowego. Zachowywał się on bardzo podejrzanie: miał przy sobie lornetkę, przez którą śledził poczynania piłkarzy Derby ze znacznej odległości.

 

Mężczyzna został wylegitymowany przez policję. Znaleziono przy nim nie tylko lornetkę, ale również szczypce oraz zapasowe ubrania. Szybko ustalono też, że intruz to na co dzień członek sztabu Leeds United - sobotniego rywala Derby. Nie został jednak ukarany, a "Barany" domagały się wyjaśnienia sprawy.

W piątek wszystko zostało wyjaśnione przez Marcelo Bielsę. Ekscentryczny trener zaskoczył wszystkich swoją wypowiedzią.

 

- Nie ma znaczenia, czy to legalne, czy nie. Wystarczy mi to, że Frank Lampard i Derby poczuli, że nie było to właściwe. Nie próbując szukać wytłumaczenia, stosowałem taką praktykę od kwalifikacji do mistrzostw świata w 2002 roku. Tylko ja jestem za to odpowiedzialny, gdyż nie pytałem nikogo o zgodę z Leeds United - wyznał.

Przepisy w tej sprawie nie są jasne. Zapisek o tym, że "każdy klub powinien zachowywać się w stosunku do drugiego z największym zaufaniem" jest otwarty i może być różnie interpretowany. Z pewnością o tej sprawie jeszcze usłyszymy.

 

Materiały dostarczony przez szpiega był chyba całkiem skuteczny, gdyż Leeds wygrało 2:0. Gole strzelili Kemar Roofe oraz Jack Harrison.