Lista tych, który odeszli jest coraz dłuższa. Kilka lat temu żegnaliśmy Kazimierza Paździora (2010), Tadeusza Walaska (2011), w lipcu 2012 roku Jerzego Kuleja, trzy miesiące później) Leszka Drogosz, dwa lata temu Zbigniewa Pietrzykowskiego. Teraz Wieśka. Wcześniej w 2005 roku odszedł Aleksy Antkiewicz, a cztery lata po nim, w Hamburgu, jego serdeczny przyjaciel Zygmun Chychła.

 

Antkiewicz, popularny „Bombardier z Wybrzeża” zdobył pierwszy medal olimpijski dla powojennej Polski w Londynie (1948). Na kolejnych igrzyskach do brązu wywalczonego w angielskiej stolicy Antkiewicz dołożył w srebro. Wtedy w Helsinkach (1952) Chychła jako pierwszy Polak wysłuchał Mazurka Dąbrowskiego. Był pierwszym naszym sportowcem po wojnie, który stanął na najwyższym stopniu olimpijskiego podium.

 

Po  ośmiu latach stanął na nim też Paździor (Rzym – 1960), po nich dwukrotnie Kulej (Tokio – 1964 i Mexico City – 1968). Sztuka ta nigdy nie udała się Pietrzykowskiemu, czterokrotnemu mistrzowski Europy, który z igrzysk przywiózł dwa brązowe medale (Melbourne – 1956 i Tokio -1964), oraz jeden srebrny (Rzym – 1960), po pamiętnej, finałowej porażce z Cassiusem Clayem, znanym później na zawodowych ringach, jako Muhammad Ali. Walasek też miał pecha, w rzymskim finale wagi średniej był lepszy od Amerykanina Crooka, ale sędziowie widzieli inaczej. Drogosza, trzykrotnego mistrza Europy wtedy też skrzywdzili. Polak był w półfinale lepszy od Jurija Radoniaka, ale to  pięściarz ZSRR dostał w prezencie zwycięstwo.

 

Z Wiesławem Rudkowskim było podobnie, w Monachium jego rywalem w finale był bokser z RFN Dieter Kottysch. Jedyny przedstawiciel gospodarzy w walce o złoto. W półfinale sprezentowano mu wygraną z Alanem Minterem (późniejszym zawodowym mistrzem świata), którego Rudkowski rozbił dwa lata wcześniej w meczu z Anglią w Londynie. W finałowym pojedynku sędziowie też byli dla Niemca łaskawi, opowiedzieli się za Kottyschem w stosunku 3:2. Widać uznano, że jeden złoty medal dla Polski (Jan Szczepański w wadze lekkiej) wystarczy. Podobnie było w Rzymie, gdy złoto zdobył wcześniej Paździor, a Walaska oszukano.

 

Tych wielkich mistrzów już z nami nie ma, są w niebiańskiej drużynie Feliksa Stamma, legendarnego trenera polskich pięściarzy, który odszedł w 1976 roku.  Teraz wzmocnił ją jeszcze pułkownik Wiesław Rudkowski, mistrz wyjątkowy, bokser kompletny. Nie tylko wicemistrz olimpijski, ale mistrz i wicemistrz Europy, dziesięciokrotny mistrz Polski.

 

Pięknie o nim mówił w pożegnalnej mowie Jerzy Rybicki. Ostatni  polski złoty medalista olimpijski (Montreal – 1976) był jego następcą, tytuł ten zdobył w wadze Rudkowskiego, lekkośredniej (71 kg). Przypominał  też o jego zasługach jako trenera i działacza Polskiego Komitetu Olimpijskiego.

 

A swoją drogą niewielu widziałem na pogrzebie tych, których Wiesiek uczył szermierki na pięści, Nie zawiedli tylko starzy koledzy i jego zawodnicy z Legii, a wśród nich Józef Grudzień, Janusz Gortat, Bogdan Gajda, Henryk Petrich, Krzysztof Kosedowski. Ten pierwszy, to mistrz olimpijski z Tokio i srebrny medalista z Meksyku. Gortat z igrzysk przywiózł dwa brązowe medale (Monachium i Montreal), Petrich brąz z Seulu (1988), Kosedowski z Moskwy (1980). Do tego dochodziły liczne medale ME, w tym złoty dla Gajdy w Halle (1977).

 

O młodszym koledze nie zapomniał też Marian Kasprzyk, złoty medalista olimpijski z Tokio i brązowy z Rzymu, który przyjechał na pogrzeb z Bielska Białej.  Byli razem na igrzyskach w Meksyku, wrócili bez medali. Walczyli kiedyś w lidze, wygrał sporo młodszy Rudkowski.

 

Pamiętam z jakim szacunkiem Wiesiek odnosił się do Kasprzyka. Poznał mnie z nim podczas mistrzostw Polski w Łodzi, ponad 30 lat temu. Pan Marian zrobił wtedy na mnie ogromne wrażenie i tak było zawsze, gdy się spotykaliśmy. Teraz staliśmy razem nad trumną Wieśka, lał deszcz i Kasprzyk tak jak wtedy milczał. Przed laty wygrał walką ze śmiertelną chorobą, pokonał raka. Teraz żegna tych, którzy odchodzą.

 

Bokserskich, polskich gwiazd w niebie jest niestety coraz więcej. Feliks Stamm ma już tam prawdziwie mistrzowską drużynę.