Maciej Turski: Jesteśmy dzień po przegranej walce. Jak się czujesz?

Marcin Tybura: Wszystko się uspokoiło. Pozostał tylko ból w niektórych miejscach. Szkoda, że przegrałem, ale muszę się otrząsnąć i dalej robić swoje.

Po walce powiedziałeś, że mogłeś się bić jeszcze w czwartej i piątej rundzie. Początek był troszkę zbyt pasywny.

Powiedziałem trochę w żartach, bo każdy mi mówił, że przespałem dwie rundy i w trzeciej się obudziłem. Dużo lepiej czułem się, jeśli chodzi o kondycję, ale faktem jest, że na początku nie czułem się komfortowo. Żadnej presji związanej z debiutem w UFC nie czułem. Widocznie musiałem wyczuć rywala, ale za długo to trwało.

Wspomniałeś też, że zabrakło siły. Timothy Johnson okazał się zawodnikiem silnym, ale tego można było się spodziewać. Trochę tym zaskoczył.

Wiedziałem, że będę potrzebował siły. Poprawiłem stójkę, miałem go w parterze, ale mi się wyślizgnął i nic nie dało się zrobić.

Szkoda też, że mając go na plecach, nie udało się go skończyć. Jak to wyglądało z twojej perspektywy?

Jedna noga była wpięta pod jego nogę, a druga była wpięta na bark. On trzymał, blokował, więc nie mogłem wyciągnąć. Chciałem przejść do odwrotnego trójkąta, ale zrzucił i szybko wstał.

Jak mentalnie czułeś się w tym pojedynku? Mówiłeś przed walką, że presji związanej z debiutem się nie boisz, ale to uczucie pojawia się chyba dopiero w oktagonie.

Cały dzień spędzony przed walką był ciężki, bo dużo o tym myślałem. Dużo poświęcenia zostawiłem na treningach i czułem się dobrze. Nie chciałbym nic obiecywać, ale zrobię wszystko, by utrzymać się w tej organizacji.

Jeśli tak mówisz, to kiedy chciałbyś stoczyć kolejną walkę w UFC? Odpoczynek czy idziesz za ciosem?

Będę musiał odpocząć dwa tygodnie z racji pęknięcia głowy, jest kilka siniaków i mniejszych urazów. Za wcześnie, by mówić o kolejnej walce. Chciałbym przygotować się porządnie, ale nie tak, by wyjść do oktagonu za pół roku.

 

Cała rozmowa w załączonym materiale wideo.