Plusliga.pl: Siódme miejsce w rozgrywkach PlusLigi, zakończonych w bardzo dobrym stylu. Tak chyba można podsumować sezon 2015/16?

Michał Masny: Przed trzecim spotkaniem z Politechniką Warszawską rozmawialiśmy z chłopakami w szatni na temat całego sezonu i uzgodniliśmy, że w II rundzie fazy zasadniczej wygraliśmy na swoim boisku tylko jeden mecz, z Będzinem. Innymi słowy, przez ostatnie dwa miesiące tylko przegrywaliśmy we własnej hali. Dlaczego? Trochę żartowaliśmy szukając powodów i może tak jest lepiej. Najważniejsze, że do tego ostatniego pojedynku podeszliśmy z radością, ale też z determinacją i sportową agresją. Zakończyliśmy sezon dobrą siatkówką.

Chyba właśnie ta determinacja była kluczowa w play offach o 7. lokatę? W fazie zasadniczej dwukrotnie przegraliście ze stołeczną ekipą.

Osobiście nie odczuwałem żadnej presji, że Warszawa nam „ nie leży”. Czasami tak jest, że z pewnymi drużynami gra się trochę gorzej. A może to tylko przypadek…nie wiem. Do tego ostatniego meczu sezonu przystąpiliśmy z uśmiechami na twarzy, bawiąc się siatkówką i z nastawieniem „zobaczymy co się wydarzy”.

Wróćmy do końcówki rundy zasadniczej. Pięć porażek z rzędu pogrzebało wasze szanse na piąte miejsce. Patrząc jak dobrą siatkówkę graliście w ostatnich meczach, trochę szkoda.

Nie wiem czy można tak powiedzieć, ale pod koniec rundy zasadniczej troszeczkę gdzieś zgubiliśmy formę, mieliśmy też kłopoty zdrowotne - ja miałem problem z udem, kilku chłopaków chorowało. Dopadł nas taki dziwny wirus, że co trzy dni ktoś był chory. Dlatego ciężko nam się trenowało. Trochę uciekła nam ta końcówka. Może szkoda, ale to siódme miejsce, moim zdaniem jest idealne dla naszego zespołu. Przed sezonem stwierdziłem, że będziemy grać taki dobry środek tabeli, a długimi fragmentami graliśmy nawet lepiej, plasowaliśmy się wyżej w klasyfikacji.

To był bardzo trudny sezon dla Jastrzębskiego Węgla, sporo zmian, zawirowań. Jaki był z pana perspektywy?

Dla mnie był to bardzo dobry sezon. Oczywiście, były jakieś problemy i wahania różnego typu, ale ogólnie, jestem zadowolony. Zebrała się bardzo fajna grupa ludzi, trenerzy wybrali bardzo dobrych zawodników pod względem mentalnym - tak w szatni, jak na treningu i boisku. To wszystko było widać podczas sezonu, także w tej ostatecznej batalii o 7. lokatę. Było tak, jak powiedział po drugim meczu Jakub Bednaruk - że gramy tylko o siódme miejsce, a walczymy jak szaleńcy, jedna i druga drużyna.

Nie żałuje pan, że został w Jastrzębiu-Zdroju, mimo tych wszystkich perturbacji finansowo-kadrowych?

Nigdy nie żałuję swoich decyzji. Każdą decyzję, którą podejmuję w danym momencie uważam za tę najlepszą. Dopiero czas pokazuje, czy można było zrobić coś inaczej, lepiej. Wykonaliśmy kawał naprawdę fajnej roboty, zawodnicy, trenerzy, ale też prezesi. Wszystko powoli idzie do przodu.

Trener Lebedew na każdym kroku podkreślał jak bardzo pan mu pomagał i jak ważną rolę pełnił w zespole, także poza boiskiem. Postawa godna podziwu.

Starałem się podpowiadać chłopakom jak najwięcej podczas treningów. Poza treningami próbowałem z nimi dużo rozmawiać, szczególnie z tymi młodszymi. Ale nawet starsi mnie słuchali i starali się robić to, co mówiłem. To było naprawdę fajne, bo oznaczało, że widzieli w tym jakiś sens. Współpraca zawodników z trenerem i zawodników między sobą była naprawdę idealna, wszystko pod tym względem było świetnie dobrane. Czasami nawet przepraszałem Marka, że podczas treningów, czy meczów za często wchodziłem mu w zdanie. A bywało, że podczas przerwy nawet nie dopuściłem go do słowa. Kiedy już wszystko powiedziałem, Mark tylko rozkładał ręce i oznajmiał „róbcie to, co mówił”. Gdy potem rozmawialiśmy z trenerem w cztery oczy, przyznał, że często wyprzedzałem to, co sam chciał powiedzieć drużynie. Mówił też, że nie przeszkadza mu to moje gadanie, bo lubi taki styl pracy. Podobną sytuację miał wcześniej, w Berlinie - dawał trochę więcej przestrzeni zawodnikom doświadczonym, którzy mieli coś do powiedzenia.

Na tym chyba polega mądrość trenerów - że pozwalają zawodnikom tak doświadczonym jak pan powiedzieć kilka słów?

To prawda, ale nie wszyscy trenerzy to lubią. Dlatego właśnie tak często rozmawiałem z Markiem i równie często przepraszałem go za to, że za dużo gadam. Ale jak wspomniałem, jemu to nie przeszkadzało.

Któryś z zawodników JW powiedział mi pół żartem, że był pan takim drugim trenerem, w bardzo pozytywnym sensie oczywiście. Przymierza się pan do nowego fachu?


Drugim szkoleniowcem naszej drużyny był Leszek Dejewski. Ja byłem….sam nie wiem. W zeszłym sezonie Roberto Piazza powiedział mi, że trener i rozgrywający są jak ojciec i matka. Trener jest ojcem, rozgrywający - matką. Czasami muszą ze sobą dużo rozmawiać i mogą się pokłócić, żeby wszystko dobrze funkcjonowało w rodzinie, czyli w zespole. Ale też powinni się rozumieć i szanować. To samo powtórzyłem Markowi i się ze mną zgodził.

Trochę uciekł pan od odpowiedzi na pytanie o ewentualne plany na przyszłość.

Teraz jest fajnie podpowiadać chłopakom, bo nie na mnie leży presja, odpowiedzialność za zespół, to nie ja wszystko muszę ogarniać. Wchodzę ze swoimi radami tylko w takich momentach, kiedy jestem pewien co należy zrobić. Ale prowadzić zespół od początku do końca, przygotowywać i przeprowadzać treningi, dostrzegać wszystkie te rzeczy, które należy poprawić podczas treningów i przede wszystkim, wiedzieć jak to zrobić, to już troszeczkę inna robota. Moim skromnym zdaniem nie można jednocześnie być zawodnikiem i trenerem, na przygotowanie się do trenerskiego fachu potrzeba czasu. To jest zupełnie inne myślenie. Inaczej widać ze środka boiska, a inaczej spoza jego ram. Nie mówią, że mam plany, bo nie lubię planować, ale po zakończeniu kariery zawodniczej chciałbym zostać przy siatkówce. Jeśli uda mi się być szkoleniowcem, będę bardzo szczęśliwy.

Na razie nie zamierza pan zawieszać butów na kołku i bardzo dobrze. Zostanie pan w Jastrzębskim Węglu? Wiem, że prezes złożył panu ofertę na zeszłorocznym poziomie finansowym.

Faktycznie tak jest. Mam za sobą udany sezon, bardzo dobrze mi się tutaj grało, z prezesem nie było żadnych problemów. Oczywiście, są lekkie zaległości, ale wydaje mi się, że to wszystko da się rozwiązać. Widać, że włodarze starają się i z każdym tygodniem, miesiącem wykonują jakiś krok do przodu. Spędziłem w tym klubie trzy lata i nie widzę problemu, żeby zostać dłużej, bo zawsze bardzo dobrze się tutaj czułem. Ale też nie ukrywam, że mam kilka innych ofert z PlusLigi. Pojawiła się także dobra propozycja z zagranicy. Mam umówione spotkanie z prezesem, myślę, że decyzja może zapaść bardzo szybko.

Wspomniał pan o małych zaległościach. Były jakieś inne problemy związane z sytuacją finansową klubu? Na przykład, że ze względu na oszczędności musieliście grać mecz wyjazdowy z marszu, jak to miało miejsce choćby w BBTS-ie?

Nie mieliśmy żadnych takich problemów, nie musieliśmy spać na przystanku, że tak powiem. Czasami były jakieś niedociągnięcia, ale to zdarza się wszędzie, nawet w bardzo dobrze zorganizowanych klubach. Generalnie jednak, wszystko było w porządku.

Po pierwszym pojedynku play off w Warszawie, trener Bednaruk żartował, że zamiast Kubańczyka Leona, powinniśmy ściągnąć do reprezentacji Polski Masnego. Jak pan zareagował?

Uśmiechnąłem się na to. Jeśli chodzi o polski paszport, możliwe, że będę go miał. Może więc działacze coś wykombinują? A propos tej sytuacji z trenerem Bednarukiem, przed trzecim meczem z Politechniką dostałem SMS od znajomego. Napisał, żebym przekazał trenerowi Politechniki, że jeśli chce abym zagrał w polskiej kadrze, to jego drużyna musi przegrać to trzecie starcie. Mówiąc już zupełnie serio, myślę że reprezentacja Polski sobie poradzi.

Jest pan doskonałym zawodnikiem, świetnym obserwatorem siatkarskiej rzeczywistości. Pana zdaniem, naprawdę mamy problem z rozgrywającymi?

Wszyscy na świecie mają problem z rozgrywającymi, może poza Brazylią i Argentyną. Fabian Drzyzga potrzebuje dużo grać. Ma 26 lat, na tej pozycji to ciągle młody wiek, a presja ciąży na nim ogromna. Nie chcę go bronić, bo on musi bardzo ciężko pracować i wszystko należycie poukładać sobie w głowie, musi zrozumieć co może, a czego nie. To przychodzi z wiekiem. Grzesiu Łomacz miał naprawdę niezły sezon. Fabian gra trochę szybciej, za to Grzegorz jest trochę spokojniejszy. Razem stanowią całkiem dobry duet.