26-letni Jermall, starszy o minutę od Jermella wygrał z Austinem Troutem i obronił pas organizacji IBF. Brat bliźniak walczył wcześniej z Johnem Jacksonem i zdobył wakujący pas WBC pozostawiony przez Floya Mayweathera Jr. Amerykanie tym samym przeszli do historii. Nikt wcześniej takiej sztuki nie dokonał.

Owszem są znane bokserskie rodziny, bracia wielokrotnie zdobywali mistrzowskie pasy cenionych federacji, ale z bliźniakami nie zdarza się  to często. Tajlandia miała bliźniaków, Khaosaia i Kaokora Galaxy, którzy sięgnęli po mistrzowskie pasy, ale w różnych kategoriach. Ten pierwszy w super muszej, a drugi w koguciej. Niemcy włoskiego pochodzenia, Ralf i Graziano Rocchigianni też byli mistrzami świata, obaj urodzili się w 1963 roku, ale Graziano dziesięć miesięcy później. I do brata nie był podobny.

Ale w Polsce mieliśmy swoich bliźniaków. I to jakich. Paweł i Grzegorz Skrzecz przed laty byli nie do odróżnienia, tak jak wcześniej  Artur i Zbigniew Olechowie.

Paweł zdobywał medale w wadze półciężkiej, a Grzegorz w ciężkiej, choć pamiętam taki mecz z Amerykanami na Torwarze, gdy Grzegorz wystąpił w średniej i przegrał przed czasem. Gdyby walczyli na zawodowych ringach mogliby walczyć w tej samej wadze i zdobywać mistrzowskie tytuły jak Jermall i Jermell Charlo, ale w boksie amatorskim było to niemożliwe. Byli zbyt cenni dla klubu i reprezentacji, więc jeden z nich (Grzegorz) po tej nieudanej próbie w kategorii średniej zdecydował się na występy w wadze ciężkiej.

 

Ich największy wspólny sukces miał miejsce podczas mistrzostw świata w Monachium (1982). Paweł zdobył medal srebrny, a Grzegorz brązowy. Sytuacja powtórzyła się rok później w Warnie, gdzie Paweł został wicemistrzem Europy, a Grzegorz stanął na najniższym stopniu podium. Z igrzysk olimpijskich medal przywiózł  tylko Paweł, który w Moskwie (1980) przegrał w finale z Jugosłowianinem Slobodanem Kacarem. Grzegorz miał pecha, wtedy nie było jeszcze podziału na wagę ciężką i superciężką, więc przyszło mu walczyć w eliminacjach z legendarnym Kubańczykiem Teofilo Stevensonem. Wynik takiej konfrontacji mógł być tylko jeden. Pięściarz Gwardii Warszawa przegrał przed czasem. Być może obaj stanęliby jednak na olimpijskim podium, gdyby nie zbojkotowanie przez kraje socjalistyczne igrzysk w Los Angeles (1984). Byli wtedy u szczytu kariery, wygrywali z najlepszymi.

 

Tak jak kiedyś bracia Olechowie, czołowi pięściarze Gwardii Wrocław, a wcześniej Ślęzy i Pafawagu. Obaj występowali w wadze muszej i byli podobni do siebie jak dwie krople wody. Pierwszym, który otrzymał szansę od Feliksa Stamma był Zbigniew, ale odpadł w ćwierćfinale mistrzostw Europy w Belgradzie (1961) po porażce z Niemcem Otto Babiaschem i na kolejne wielkie zawody pojechał już Artur. Ten nie zawiódł, dwukrotnie zdobywał srebrne medale igrzysk olimpijskich. W Tokio (1964) przegrał w finale 1:4 z Włochem Fernando Atzorim, a w Meksyku (1968) z zawodnikiem gospodarzy Ricardo Delgado 0:5. W obu przypadkach decyzje były wątpliwe, Olech nie był wcale gorszy od swoich rywali.

 

Po tych właśnie igrzyskach Polski Związek Bokserski pozwolił im na kilka pokazowych walk zawodowych, między innymi w Austrii, ale władze niechętnie patrzyły na ten pomysł. Ostatecznie nic z niego nie wyszło. Artur stoczył w swojej karierze 360 pojedynków z których przegrał 30, w tym trzy z bratem. Jedną z tych porażek poniósł w finale mistrzostw Polski w 1964 roku.

 

Zbigniew z 306 walk, przegrał 21 i siedem zremisował. Zmarł w 2008 roku, Artur dwa lata później. Oni też mieliby, gdyby żyli w innej rzeczywistości, wielkie szanse na ringach zawodowych, kto wie, może tak jak bracia Charlo zostaliby pewnego dnia mistrzami świata. I też w tej samej kategorii?