Adrian Janiuk: W niedzielę czeka nas wielkie siatkarskie święto. Do Polski przyjechali najlepsi siatkarze z całego świata, żeby pożegnać Pawła Zagumnego. To pokazuje, że "Guma" jest jednym z największych graczy globu. Pan na początku lat 90-tych, czyli na starcie przygody niedzielnego bohatera poznał się na jego talencie. Od razu urzekł Pana swoimi zdolnościami?

 

Ireneusz Mazur: Pawła znam doskonale, bo już dużo wcześniej nim zaczęła się jego wielka kariera pracowałem z ojcem wieloletniego rozgrywającego naszej reprezentacji. Leszek Zagumny przedstawił mi swojego syna, gdy ten był jeszcze dzieckiem. Już wtedy twierdził, że będzie to "złote dziecko" polskiej siatkówki. Natomiast ja, zobaczyłem wówczas wiecheć rudych włosów na głowie i chudego „gostka”, który był jedynie nieco grubszy od szczotki. Wówczas nie sądziłem, że będę selekcjonerem reprezentacji młodzieżowej. Jednak po jakimś czasie, kiedy już nim zostałem, byłem teoretycznie doskonale przygotowany do pracy z Pawłem. Wszystko za sprawą jego ojca, który wielokrotnie rozmawiał ze mną na temat naszej przyszłej gwiazdy.

 

Skoro warunki fizyczne nie przemawiały za dawnym Pana podopiecznym, to w czym tkwił jego siatkarski urok?

 

Owszem nie dysponował siłą fizyczną, a w młodym wieku ważne jest to co się umie w danym momencie. Czyli jak wysoko potrafi wyskoczyć, ile jest się w stanie zrobić pompek. W jego przypadku możemy mówić o pewnym precedensie, bo siła, dynamika, czy skoczność nie były jego zaletami. Jednak jego intelekt oraz zmysł boiskowy powodowały, że mimo braków fizycznych podporządkowywał sobie osoby, które dysponowały takimi elementami. Obejmował w sposób naturalny przywództwo w zespole.  

 

Od zawsze miał mocny charakter, który pozwolił mu być liderem zespołu?

 

Paweł jest osobowością, która nie zawsze mieściła się w kanonach, czy przykładowych ramach określenia lider. Podkreślam raz jeszcze, że mimo nie najlepszych cech motorycznych potrafił na boisku zrobić różnicę. Rozgrywał piłki w taki sposób, że stawał się oczywistym przywódcą. Nie musiał niczego narzucać, bo po prostu nim był.

 

Można powiedzieć, że wyprzedził swoją epokę?

 

Bez wątpienia jego talent, a w zasadzie dar do gry w siatkówkę był niezwykły. Bił swoich kolegów na głowę. Pokolenie Pawła było niezwykłe, ale gdy obserwowało się jego grę miało się wrażenie, że to absolutny hegemon w swoim fachu.

 

Pracowitość zawsze szła w parze z talentem?

 

Był typem zawodnika, który stał w drugim albo nawet w trzecim szeregu jeśli chodzi o narzucanie intensywności treningów. Inni byli od pracy typowo siłowej. Paweł był siatkarskim artystą, który przez pewne ograniczenia fizyczne nie był w stanie pracować na maksymalnych obrotach. Kiedy prowadziłem reprezentację Polski i zlecałem całej grupie wykonywanie jednakowych ćwiczeń, nie mogłem traktować Pawła ulgowo. Musiałem zastosować odpowiedni wariant. Odwracałem się plecami do „Gumy”, który wykonywał tyle powtórzeń na ile pozwalał mu organizm. Oczywiście były również takie ćwiczenia, które musiał wykonać od „A do Z”. Zdarzało się, że cierpiał, ale zaciskał zęby i walczył.

 

Przez pewne ograniczenia nie był nazywany leniem?

 

Nikt nie ośmieliłby się go w ten sposób nazwać ze względu na jego umiejętności. Miał właściwe tempo ćwiczeń dla siebie i każdy trener, nie tylko ja to tolerowaliśmy i rozumieliśmy, ponieważ był intelektualnym diamentem. Nie tylko kreował grę, ale układał w głowie, także całą strategię. To świadczy o jego wielkości.

 

Widzi Pan w nim trenera po zakończeniu kariery?

 

Trudno jest jednoznacznie stwierdzić. Biorąc jednak pod uwagę tradycje, które idą za Pawłem, bo jego rodzice również byli związani z siatkówką. Jego całe życie kręci się wokół siatkówki, więc nie wyobrażam sobie, żeby po zakończeniu kariery nie robił czegoś związanego z tym sportem. Jego umysł na pewno predysponuje go do tego, aby w przyszłości być świetnym szkoleniowcem.