Ilona Kobus (Plusliga.pl): W minioną sobotę trener Andrea Gardini obchodził urodziny, ale nie dostał od was upragnionego prezentu w postaci zwycięstwa w Jastrzębiu.

 

Daniel Pliński: Było blisko, bo 23:20 dla nas w czwartym secie, ale wtedy w polu serwisowym stanął Kubańczyk Oliva i zrobił swoje. Mieliśmy jedną piłkę do grania, ale niestety, akcja nam nie wyszła. W tie-breaku trochę chyba myśleliśmy o tej czwartej partii, która nam uciekła. Ściągnęliśmy z boiska DeRocco, zdjęliśmy Borucha, więc taktyka meczowa była dobra. Nie sądziłem jednak, że Oliva potrafi tak serwować. Takie serie nie zdarzają się zbyt często i pewnie w tym sezonie coś podobnego już mu się nie przytrafi. Wygrana w pierwszej kolejce PlusLigi za trzy punkty, w Jastrzębiu to byłaby super sprawa, ale ten jeden wywalczony punkt też nie jest najgorszy. Mamy fajną drużynę, która na pewno jeszcze pokaże na co ją stać. Trzeba pamiętać, że jest u nas dziewięciu nowych chłopaków, cały czas się ze sobą docieramy, więc w sobotę było trochę emocji. Zawsze powtarzam, że jak się wychodzi na boisko, to zaczynają się igrzyska i trzeba różne rzeczy zostawić w szatni. Czasami jednak grają też emocje.

Jastrzębianie wygrali, bo zachowali trochę więcej zimnej krwi niż wy?

 

Dostaliśmy czerwoną kartkę za to, że chłopak wbiegł na boisko, to jak mieliśmy się nie denerwować? Oficjalna decyzja arbitra była taka, że pokazał czerwony kartonik, bo nie wykonaliśmy zagrywki. Ale przecież Miłosz Zniszczoł przebił piłkę na drugą stronę, więc tak naprawdę, powinniśmy mieć zaliczonego asa serwisowego. Cóż, każdy się myli, my też popełniamy mnóstwo błędów. Jedyne, co mogę dodać, to że już w autobusie przeczuwałem, że będziemy mieli problemy. To nie jest krytyka, absolutnie, ale po prostu miałem takie przeczucie.

Wspomniał pan, że w Olsztynie powstał zupełnie nowy zespół. Macie chyba spore szanse, by w tym sezonie wywalczyć wyższe miejsce niż w poprzednim?

 

Po to właśnie dokonano zmian w składzie. Zobaczymy. Ja się cieszę, że jestem w Olsztynie, bo mamy naprawdę fajną ekipę. Przed sezonem można opowiadać bajki na każdy temat, a potem i tak wszystko zweryfikuje 81 metrów kwadratowych boiska. W sobotę weryfikacja nastąpiła bardzo szybko, bo wydawać by się mogło, że przy prowadzeniu 23:20 nie powinniśmy przegrać seta. Praca, praca i jeszcze raz praca.

Na razie weryfikujemy nowy regulamin rozgrywek ligowych. M.in. zrezygnowano z przerw technicznych, wprowadzono „złotego seta” w play-offach.

 

Czapki z głów dla ludzi, którzy wpadli na pomysł o likwidacji przerw technicznych. Były dwie przerwy techniczne, cztery czasy na życzenie trenerów i challenge - to zabijało siatkówkę. Przerwy były męczące zwłaszcza, gdy oglądało się mecz w telewizji, a przecież mnóstwo ludzi ogląda transmisje. Dobrą decyzją wydaje mi się także powiększenie ligi. Formuła play- offów ze „złotym setem” jest lepsza od tego, co było w zeszłym roku. Wprawdzie w „złotym secie”, który będzie decydował o mistrzostwie Polski stres będzie ogromny, ale też i emocje. Najlepiej więc wygrać dwa mecze. Ubolewam jedynie nad tym, że mamy tak potężną ligę, a nie było czasu na to, by rozegrać Superpuchar. Był natomiast czas na inne rzeczy. Mam na myśli to, co działo się w miniony weekend. Wydaje mi się, że Superpuchar to bardzo fajne rozpoczęcie sezonu. Włosi stworzyli nawet Final Four, rewelacyjny turniej, z wielkimi emocjami w wykonaniu najlepszych drużyn minionych rozgrywek. Szkoda, ale nie ja o tym decyduję. Być może kiedyś będę decydował i wtedy zorganizuję taki turniej.

Wróćmy do Olsztyna. Z Jastrzębia zawędrował pan już na Warmię i Mazury. Coraz bliżej domu…

 

Tęsknię już za rodzinnymi stronami, to nie ulega wątpliwości. Mam 38 lat, czuję się dobrze i chciałbym jak najdłużej pograć w siatkówkę, ale też muszę się dobrze czuć w miejscu, w którym jestem. Klub, drużyna, trener, Paweł Woicki, który jest rozgrywającym Indykpolu AZS Olsztyn – to mnie mocno przekonało, żeby tam pójść. To były główne argumenty, plus sytuacja z prezesem Cerradu Czarnych Radom. A kropką nad „i” był fakt, że Olsztyn leży 200 kilometrów od Pucka.

Bardzo też pana ciągnie do włoskiej szkoły siatkówki?

 

Mam ogromne szczęście, że grając w siatkówkę już dwudziesty sezon, zawsze trafiałem na fajnych trenerów i nigdy nie miałem z nimi problemów. Nawet jeśli czasami się zdarzało, że nie grałem, to akceptowałem stan rzeczy. Zawsze się dogadywałem ze szkoleniowcami, ale też zawsze ciężko pracowałem na to, żeby mieć poszanowanie. Nie boję się harówki na treningach. To jest moja praca i za to mi płacą. Jeśli wypadnę z obiegu, to za rok…

Zasiądzie pan obok Łukasza Kadziewicza przed kamerą Polsatu?

 

Nie, nie, nie. Kadziu jest wybitną postacią i nigdy w życiu nie byłbym w stanie mu dorównać. Widziałabym siebie gdzieś przy siatkówce, ale zobaczymy co życie przyniesie. Za rok skończę 39 lat, ale jeszcze nie zawieszam butów na kołku. Mam tyko ogromną prośbę do prezesów klubów, i nie chodzi wyłącznie o moją osobę. Nie patrzcie na PESEL zawodnika, ale na to co on prezentuje. Gram od wielu lat, zawsze byłem zdrowy, nie licząc oczywiście mikrourazów, które wyrzucały mnie z boiska na 5-6 tygodni.

Nie bez powodu zagadnęłam o włoską szkołę trenerską. Wiele wskazuje na to, że zajdzie zmiana na stanowisku selekcjonera biało-czerwonych. Pan nie gra już w kadrze, może więc wyrazić obiektywną opinię. Powrót Raula Lozano to dobry pomysł? Z jednej strony srebrny medal MŚ, ale z drugiej dość nieprzyjemne rozstanie.

 

Ja z Raulem rozstałem się w zgodzie. Dzięki Raulowi i wygranemu baraż z Belgią, potem wygraliśmy mistrzostwo Europy.

Nie wszyscy zagrali w tych barażach.

 

Ja po igrzyskach w Pekinie stawiłem się na mecze z Belgią. Czterech czy pięciu chłopaków miało wtedy kontuzje i nie mogło przyjechać. Wierzę, że tak właśnie było.

Przysłowie mówi, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki.

 

Nie wiem…na szczęście to nie ja muszę zdecydować o tym, kto będzie trenerem reprezentacji Polski.

Ale swoim doświadczeniem może pan pomóc w podjęciu decyzji.

 

Umysł mi podpowiada, że jednak będzie zmiana trenera. Lozano to wybitny fachowiec, ale praca z nim jest ciężka i zastanawiam się, czy kadrowicze są teraz w stanie pracować po 6-7 godzin dziennie, bo szkoła francuska nie preferowała aż tak ciężkich treningów. Mam też wrażenie, że następcą Antigi nie będzie Polak.

Pan dałby szansę Antidze, by przepracował pełny cykl olimpijski?

 

Nie jestem w drużynie, ale jakieś słuchy mnie dochodziły. Nie wiem czy do końca tak jest, ale jeśli sami zawodnicy twierdzą, że coś się wypaliło, to chyba nie ma sensu tego kontynuować. Natomiast jeśli drużyna i trener nadal chcą ze sobą pracować, to czemu nie? Chociaż uważam, że wybory personalne Antigi przed wyjazdem na igrzyska do Rio zdecydowały, iż nie zagraliśmy w półfinale. Jest to moje prywatne zdanie. Przywiązanie do nazwisk. Kolejny trener to zrobił i kolejny skończył tak samo. Oczywiście, w ćwierćfinale turnieju olimpijskiego Amerykanie byli mocni, ale w drugim secie to my prowadziliśmy 18:13, a potem zrobiło się 22:22. Nikt o tym nie mówi, ale jeśli ktoś ma ochotę, niech obejrzy ten mecz i zobaczy jakich wyborów dokonywali nasi siatkarze. Moim zdaniem, nie mieli prawa dokonywać takich wyborów przy wyniku 22:22. Nie wiem, może czas dać szansę Polakowi?

Widzi pan kogoś odpowiedniego?

 

Stephane Antiga dostał szansę jako wciąż grający zawodnik.

Chciałby pan spróbować swoich sił jako trener?

 

Czasami śmieję się, że chętnie bym spróbował. Ale póki co, chcę grać jak najdłużej.

Wróćmy do tego, co powiedział pan o drugim secie meczu z USA w Rio. Mamy środkowych, którzy nie blokują – taka opinia pojawiła się po igrzyskach. To prawda?

 

Mateusz Bieniek za chwilę zacznie blokować. Akurat w tym elemencie doświadczenie gra olbrzymią rolę, a on dopiero wchodzi na światowe salony. Chłopak ma dobrą zagrywkę, dobry atak i moim zdaniem robi swoje. Karol Kłos jest dobrym blokującym. Piotrek Nowakowski dochodził do siebie i na igrzyskach prezentował się nieźle. Na tej pozycji mamy duży potencjał, bo są jeszcze Bartłomiej Lemański i Jakub Kochanowski. Myślę, że rocznik Kuby, 1997, za chwilę dostanie szansę gry na szczeblu seniorskim i sobie z tym poradzi. Problem polega na tym, że my ciągle patrzymy na obecną kadrę przez pryzmat mistrzów świata. Tymczasem, nie ma w niej Pawła Zagumnego, a on był głównym kluczem do sukcesu. Trzeba też pamiętać, że turniej graliśmy u siebie w domu i tak się złożyło, że wszyscy zawodnicy byli w wyśmienitej formie, co nie trafia się często. Trzeba więc szukać innych rozwiązań.  Nam wszystkim – kibicom, opinii publicznej, działaczom związkowym potrzeba jednak więcej cierpliwości. Postawmy na czteroletni cykl przygotować reprezentacji i dajmy spokojnie popracować trenerowi, ktokolwiek nim będzie.

Narzekaliśmy także na zagrywkę. Jesteśmy zespołem floatowców, tymczasem Amerykanie, Brazylijczycy czy Włosi stawiają na mocny serw.

 

Ale na mistrzostwach świata sobie radziliśmy. Mika, Kłos, Nowakowski, Zagumny i Możdżonek potrafili napsuć krwi rywalom właśnie takim serwisem. To nie zagrywka była głównym problemem. W Rio było czterech przyjmujących, ale tak szczerze powiedziawszy, tylko jeden z nich – Michał Kubiak był po pełnym sezonie ligowym. Mika był mocno po przejściach, kontuzje go nie oszczędzały. Rafał Buszek to bardzo dobry gracz, ale w ZAKSIE był rezerwowym. No i Bednorz, który grał w 10. drużynie PlusLigi. Tylko jeden przyjmujący rozegrał cały sezon na wysokim poziomie.